Dwie bajki - Ewelina Nawara & Małgorzata Falkowska

Wybrzeże Snów
Maria Zdybska

Jeśli spadasz wystarczająco długo, zaczynasz się czuć, jakbyś latał.

Lirr straciła wszystko, poza obietnicą zemsty na siedmiu magach Kręgu. Jedynie wątła nadzieja na odzyskanie Raidena powstrzymuje ją przed poddaniem się rozpaczy. Stając do nierównej walki, musi zaufać swojemu kruczemu przeznaczeniu i zawrzeć nieoczekiwane sojusze.

Rozpoczyna się walka, która może zburzyć równowagę świata.

Magowie rzucają ostateczne wyzwanie bogom.
Sny zmieniają się w koszmary.
Zbliża się czas Przebudzenia.

Gdzie kupić?
Kupując w tych księgarniach wspierasz Autora i Wydawnictwo
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Informacje o książce

Rok II wydania: 2025
Format: 14.0×20,5 cm
Okładka: miękka

Liczba stron: TBA

książka ISBN 978-83-7995-818-4
ebook ISBN 978-83-7995-819-1

Ceny sugerowane:
książka: 59,99 zł
ebook: 49,99 zł

 

Fragment

Prolog

Woda była czarna, gęsta jak smoła. Żarłocznie pochłaniała dźwięki, topiąc wszystko w miękkiej, bezdennej ciszy. Przenikający do kości chłód powoli zatapiał długie ostre kły w karku Lirr. Dopiero po chwili coraz wyraźniejsze drgania zaczęły układać się w chór niewyraźnych głosów. Wydawało jej się, że skądś, jakby z głębi otchłani, dobiega odległe wołanie kruka, przedrzeźniane w nieskończoność rozedrganym echem.
– Śmierć!
Szum fal roztrzaskujących się o skaliste nabrzeże złośliwie zniekształcał słowa. Wołanie z czasem stawało się coraz mniej ludzkie – wraz z rykiem kotłującej się wody i grzmotem napierającego na toń wiatru wspólnie tworzyło niepokojącą pieśń.
Nie była pewna, jak długo dryfowała. Zresztą nie miało to już znaczenia. Czas był tylko złudzeniem. Wątłym przypomnieniem tego, czym była.
– Dni trwają, noce przychodzą i mijają tylko wtedy, gdy mamy na to świadków.
Samotność mąciła wyuczoną ludzką rachubę czasu, oszukiwała zmysły. Ciemność tak czarna jak jej rozpacz zajęła wszystko w zasięgu wzroku, wciskając się żałobnym kirem pod powieki i okrywając nim duszę. Lirr pomyślała, że tak właśnie musi wyglądać śmierć; ostateczna forma samotności, jak jeden niekończący się oddech poprzedzający nieznane, którego obawiamy się od dnia urodzenia.
Tęskniła do skrzydeł. Tak bardzo chciała wzbić się w przestworza, zostawić wszystko za sobą, zapomnieć ból. Kruka też jednak straciła.
Szum przybrał na sile. Wiatr jazgotał wściekle, miotając szkwały i grzmoty coraz szybciej, coraz mocniej. Niebo zlewało się z tonią wzburzonego oceanu, a Lirr płynęła bezwolnie w rytm kolejnych, gniewnych uderzeń, obracana tanecznym kręgiem smolistych wirów.
Wstrzymywany oddech nie pomagał, nie przynosił ulgi ani zmiany. Upragniony koniec nie nadchodził. Coś nie pozwalało jej rozpłynąć się w nicości, uporczywie kłuło szczelnie zamknięte powieki, refleksem mętnego trupiobladego światła przedzierało się przez nieprzeniknioną plątaninę czarnych strumieni wrzącej sztormem wody.
– W nieskończonej ciemności nawet odległe odbicie wątłej iskry może zastąpić słońce.
Z ciszy mrocznej głębiny doleciał szept. Najpierw z trudem odróżniła go od szumu krwi we własnych skroniach. Znajomy głos, z początku nieśmiało, potem coraz natarczywiej, wołał ją po imieniu, każąc jej myśleć, patrzeć, czuć. Przywoływał do życia, które chciała za wszelką cenę w sobie stłumić. Śmierć z niej drwiła. Czarnofioletowe spojrzenie było pełne wyrzutu.
– Milda… czy to znowu tylko twój duch? – Sformułowanie pytania przyszło jej z bolesnym trudem.
Światło coraz śmielej rozrywało grubą zasłonę ciemności.
– Nie, Lirr, tym razem to ja, naprawdę ja.
Być może przyśniła sobie te słowa, to światło i te karcące, nieskończenie smutne oczy. Grzmiący szum załamujących się na przybrzeżnych skałach fal wciąż wypełniał jej świadomość, zakłócając bieg myśli.
– Milda, ja… – Chciała powiedzieć coś niesłychanie istotnego, ale słowa utknęły w lepkiej czerni morskiej toni. Na wszystko było już za późno.
– Wiem… nic nie musisz mówić. – Poczuła łagodny dotyk na ramieniu, znajome, przenikliwe zimno.
– Milda, on nie żyje, zabiłam go, ja…
– Ciii… nic nie mów. Zaopiekuję się tobą. – Odległy głos rusałki brzmiał dziwnym dwutonem; karcący i czuły, stanowczy i nieśmiały.
– On nie żyje. Nie żyje. Nie żyje. Nic już nie ma sensu – szeptała jak w malignie.
– Wszystko z czasem nabierze sensu – zapewniła ją twardo Milda. Lodowata dłoń ścisnęła jej ramię. – Nawet chaos rządzi się pewnymi prawami, a twoje życie jest naznaczone boskim przeznaczeniem. Twój czas dopiero nadejdzie. Przetrwasz. Zobaczysz.
– Nie mogę trwać… On nie żyje. – Lirr uparcie zaciskała powieki. Nie chciała wracać, nie mogła spojrzeć rusałce w oczy. Była winna.
– Przetrwasz. Ten ból także przeminie.

Słońce i gwiazdy - Małgorzata Mika (okładka)

Pozostań z nami w kontakcie!

Zapisz się na nasz newsletter. Raz w tygodniu otrzymasz informacje o naszych książkach i promocjach na nie!

Dziękujemy, że jesteś z nami!