W pogoni za halnym
Adrianna Filimonowicz
W starciu z bezwzględnymi żywiołami górale nie cofną się przed niczym. Zwłaszcza ci, których serca biją w rytmie przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieści.
Tadeusz Bylina, bękart o różnokolorowych oczach i przeszłości spowitej tajemnicą, od dziecka balansuje między światem ludzi a górskimi duchami. Wychowany u stóp Tatr, ufa nie księżom, lecz siłom starszym niż słowa modlitwy. Gdy nad jego rodzinną Antałówkę nadciąga wietrzyca, Tadeusz staje do walki, która zmieni wszystko.
Strata pchnie go w objęcia niezrozumiałego konfliktu. A spotkanie z ucieleśnioną siłą halnego wystawi na próbę nie tylko jego wierność dawnym obyczajom, lecz także pragnienia, których nie odważył się nazwać.
Czy wspólnota pasji wystarczy, by człowiek mógł zbliżyć się do żywiołu i nie zgubił przy tym cząstki samego siebie?
Informacje o książce
Rok I wydania: 2025
Format: epub
Liczba stron: 360
ebook ISBN 978-83-7995-848-1
Ceny sugerowane:
ebook: 29,99 zł
Fragment
Rozdział 1
Wyglądało to tak, jakby halny szedł znad Gubałówki zamiast, jak zazwyczaj, z głębi gór. Tadeusz Bylina, choć wiedział, że czasu ma mało, przystanął na moment obok wozu, wpatrzony w wodospad biało-szarych chmur przelewający się przez obły masyw. Serce załomotało mu w piersi, gdy próbował wyobrazić sobie ich pęd.
Bezwiednie poklepał po zadzie Sromotę, który, korzystając z chwili odpoczynku, zwiesił łeb i dyszał ciężko. Z chrap skapywały mu gęste krople ropnej wydzieliny. Tadeusz oderwał spojrzenie od chmur i ukucnął obok konia. Z pasterskiej torby wydobył metalowe puzderko o powgniatanych rogach. Cienka blacha tłoczona była w kwiatowe wzory i nosiła ślady startej niemalże do cna farby. Otworzył ostrożnie pudełeczko i nabrał na palce ciemnej, smolistej mazi. Podsunął ją pod siwy pysk. Sromota zarżał, ale zaraz przycisnął chrapy do dłoni górala. Przymknął zmęczone oczy. Tadeusz delikatnie go pogłaskał. Byłby najchętniej konia wyprzągł i sam dalej ciągnął wóz, ale choć młody i zwinny, siłą wołu nie mógł się poszczycić. Zwłaszcza nie wczesną wiosną, gdy oboje z matką niewiele mieli jedzenia. Powoli wsmarował maść w wargi zwierzęcia, potem w porosłe grudą pęciny.
– Wyzdrowiejesz, Sromota – mruknął, chowając puzderko. – Wyzdrowiejesz i już nie będziesz ciągał dla panów wozów. Jeszcze trochę wytrzymaj.
Chwycił lejce i strzepnął nimi lekko. Umęczony koń ruszył dalej, w górę Antałówki.
Solaszewski stawiał dom prawie na samym szczycie wzgórza. Odpowiednio oddalony od góralskich zabudowań, starannie rzeźbiony, przestronny, o niepraktycznie dużych oknach i szerokiej werandzie. Matka Solaszewskiego, zmęczona pobytami w pensjonatach i kościeliskim domu uzdrowiskowym, zażyczyła sobie własnego miejsca pod Tatrami, syn zaś gotów był włożyć wielkie pieniądze w to, by willa nie prezentowała się gorzej od nieodległej Witkiewiczówki.
Tadeusz zdążył przywyknąć do ekstrawagancji większości panów z dalekich miast, którzy ukochali sobie Zakopane. Nie miał jeszcze trzynastu lat, gdy zaczął pomagać przy naprawach, budowach czy sprawunkach. Przyzwyczaił się do ich dziwnej mowy, nauczył się nawet, co lubili słyszeć i które z góralskich obyczajów uważali za urocze czy intrygujące. Zwykle umiał ich sobie zjednać, czasem łatwiej niż górali. Marianna Solaszewska odgrażała się nawet, że uwieczni go na którymś ze swoich obrazów, kiedy już zamieszka ona na Antałówce. Sąsiedzi drwili, że stara pani się w nim zakochała. Choćby i tak było, miłości tej zdecydowanie nie podzielał jej syn.
Dostrzegłszy wystrojonego Solaszewskiego, dyskutującego zaciekle z majstrem, Tadeusz pociągnął Sromotę na skraj podwórza. Wiatr się wzmagał, górale w pośpiechu chowali narzędzia, zabezpieczali okna i materiały.
– Bylina, wyprzęgnij konia! Rozładujemy później.
Tadeusz nawet nie obrócił się do wołającego. Skinął głową i wziął się szybko do roboty. Choć tuż obok domu postawiono stajnię dla pańskiego wierzchowca i pracujących przy budowie zwierząt, miejsce Sromoty było w ciasnej szopie, w odosobnieniu. W obawie przed tym, że rozniósłby chorobę. Niewiele brakowało, a poszedłby już na ubój, ale Tadeusz zdołał przekonać Solaszewską, że wyleczy konia.
Wytarł starannie spotniałe boki zwierzęcia i wziął się do rozplątywania warkoczyków z siwej grzywy. Wyłuskiwał z nich cienkie, brzozowe witki i łodyżki wrotyczu, by zaraz wpleść świeże, zebrane po drodze. Kończył już, gdy za plecami usłyszał szorstki głos Kazimierza Solaszewskiego:
– To, że ci go moja matka przyobiecała, nie znaczy, że będę ci płacił za opiekę nad nim. Wystarczy tych czarów, i tak nic nie pomogą.
– To dobry koń, warto spróbować – odparł cicho Tadeusz.
– Dobry koń?! Ha! A bo ty się znasz. Pewnie, że dobry. Perszeron! Ty pewnie nawet nie wiesz, co to znaczy. Dobry koń, ale stary i chory. Mądrzejsi od ciebie rzekli, że padnie, nim prace się skończą. A ja tobie z płacy odejmę za te głupstwa. Moją matkę możesz brać na te swoje różnokolorowe oczy, ale ja się znam na takich łachudrach jak ty.
Tadeusz obrócił się powoli. Solaszewski był wysoki i postawny. Elegancka kamizelka podkreślała jego szeroką pierś i zwężała się wyraźnie ku biodrom. Mówiono, że jest wysportowany, strzela wyśmienicie i nie gorzej bije się na pięści. Bylina chętnie by to sprawdził, ale bieda nauczyła go cierpliwości i pokory.
– Jak pan zdecyduje, tak będzie. Ale pani Solaszewska dała mi słowo…
– Dała słowo, że możesz konia wziąć, jeśli żyw będzie, gdy dom skończycie stawiać. Jak tak dalej się guzdrać zamierzacie, to i ona, uchowaj Boże, nie dożyje spełnienia obietnicy. Więc jeśli chcesz tego konia, to do roboty!
Wyszedł z szopy, Tadeusz usłyszał jeszcze tylko, jak pokrzykuje na innych górali. Wszystkimi pogardzał po równo. Może poza bogatymi gazdami i tymi, którzy w odświętnych strojach zwykli prowadzać poetów i muzyków na hale i trudno dostępne przełęcze.
– Spokojnie, Sromota, wyżyjesz. Mądrzy panowie niech sobie gadają, Deresz wie lepiej – wyszeptał Bylina, wracając do zaplatania końskiej grzywy.
Tych kilka groszy mógł gdzie indziej odpracować, a zdobyć własnego konia – tak pięknego i pracowitego – nie. Nie zamierzał tracić szansy, jaką dało mu miękkie serce Solaszewskiej. W duchu przyobiecał sobie, że w niedzielę pójdzie wreszcie do kościoła i pomodli się za jej zdrowie, Sromotę zawierzył jednak innym siłom. Tym, z którymi uczył się obchodzić od dziecka. Które rządziły Tatrami, zanim księża sprowadzili w nie Podhalańskiego Gazdę.
Skończywszy zaplatać warkoczyki, Tadeusz wydobył z pasterskiej torby gruby pęk gałązek kosodrzewiny. Starannie związanych, natartych wcześniej świstaczym sadłem. Sromota zaraz wyciągnął ku nim pysk, chrapy mu zadrgały. Góral się roześmiał, odwrócił plecami do konia. Z trudem, raz po raz szturchany w ramię i szyję, skrzesał ogień i starannie okadził szopę. Rzucił wreszcie gałęzie na klepisko i zdusił płomienie butem.
– Nie, jeszcze nie. – Odepchnął łeb zwierzęcia.
Poważny gazda trzasnąłby już namolnego Sromotę, ale Tadeusz nie potrafił się na niego rozgniewać. Odkąd nadał mu imię – pogardliwe i umniejszające, by zniechęcić złe duchy – czuł, jakby zyskał przyjaciela. I choć nigdy przed sobą otwarcie tego nie przyznał, odkrył, jak bardzo mu takiego uczucia brakowało.
Samotność była najważniejszym członkiem rodziny Bylinów. Co zrobiła Olka, matka Tadeusza, że sąsiedzi patrzyli na nią wilkiem, mężczyzna nie miał pojęcia. Ona mówiła tyle, że przyszło jej zadać się w życiu z niewłaściwymi ludźmi. Próbował jej wierzyć, choć czasem, gdy na nią patrzył, chwytał go potworny, niewyjaśniony strach, przed którym ratunkiem była tylko ucieczka z domu. Tadeusz spał niekiedy i po kilka dni w reglach – czy lato, czy zima – póki nie budziła się w nim znów tęsknota za matką. Bo choć Olka nieraz go stłukła albo pijana zwyzywała, pozostawała jedyną osobą, którą mógł kochać.
O ojcu wiedział tyle, że był zbójnikiem, który zbratał się z przeklętymi siłami i wyrządził góralom straszliwe krzywdy. Umknął gdzieś w góry, nim Tadeusz przyszedł na świat. Co dokładnie uczynił, gdzie żył i czy w ogóle wiedział, że ma syna, pozostawało zagadką. Kiedy Bylina, będąc jeszcze dzieckiem, wypytywał o ojca, zbywano go. Odsyłano do wołchwów i starych baców z ukrytego w głębi Tatr Dymnego Wąwozu. Nigdy się nie odważył. Dość miał wrogości wokół siebie, by jeszcze szukać jej wśród obcych.
Może tajemnice znały bożęta tkwiące w chałupie Bylinów – Anielka i Paweł – nie potrafiły jednak mówić. Z ich sinawych ust wydobywały się tylko nieartykułowane odgłosy. Czasem chrząknięcia, innym razem jęki. Jeśli czegoś chciały, gestykulowały gwałtownie wiotkimi ramionami albo szarpały rachityczne włosy na głowach. Rzadko zresztą musiały się o cokolwiek dopraszać. Nawet gdy Olka i Tadeusz nie mieli co włożyć do garnka, garść ziarna albo kawałek sera zawsze czekał na bożęta. Bo choć matka co niedzielę zachodziła do kościoła na Krupówkach, to przestrzegała starych obyczajów i Bylina nie myślał na to wyrzekać. Zwłaszcza nie w takie dni jak ten, kiedy nadciągał demon wiatru.
– Tadeusz, chodźże tu! – wrzasnął ktoś z zewnątrz.
Góral ostatni raz pogładził Sromotę po chrapach i wybiegł z szopy. Zamknął starannie drzwi i rzucił się do pomocy kolegom. Wał chmur stoczył się już na Rówień Krupową.
Niedługo później, mrużąc oczy przed piachem ciskanym przez wiatr, parł w stronę domu. Jeden róg chałupy Bylinów osiadł i cała konstrukcja wyglądała jak szczeniak, któremu łapy rozjeżdżają się na wypolerowanej podłodze. Jakimś cudem jednak – i tu właśnie upatrywali raczej opieki bożąt niż Pon Bucka – opierała się kolejnym śniegom i wichurom.
Mężczyzna przyspieszył, dostrzegłszy matkę siłującą się z wypaczoną okiennicą. Wiatr ściągnął kobiecie z głowy chustkę, odsłaniając ciemne, nietknięte siwizną włosy. Odmładzały ją, ujmowały zniszczonej twarzy ciężaru trosk, który odcisnął się głębokimi zmarszczkami.
– Jak na ciebie popatrzeć, to widać, że kiedyś Olka była piękna – powiedziała kiedyś Tadeuszowi z głupia frant Julka Partaczówna, córka sąsiada.
To był ostatni raz, gdy rozmawiali. Maciej Partacz – jej ojciec – choć Tadeusza traktował z sympatią, rzekł mu później:
– Nie miej mi za złe, ale będę ją trzymać z dala od ciebie. Nie trzeba, żeby wypatrywała za tobą oczy. Wrażliwa dziewczyna, jeszcze coś jej się uroi. A z ciebie żadna dla niej partia.
Prawda była taka, że nie był partią dla nikogo. Ta myśl go męczyła, kiedy dorastał, potem ścichła. Miał dach nad głową, matkę i bożęta, które, teraz nieużyteczne, plątały się jej pod nogami, chwytając co chwila za spódnicę. Niejedni mówili, że i tak miał więcej, niż zasłużył. A jeszcze zapowiadało się na to, że będzie miał konia!
– Idźcie do środka, matulu, ja tu zamknę! – zawołał, wchodząc na podwórze.
Gdy wreszcie znalazł się w izbie, Olka właśnie stawiała gromnicę w oknie. Ogień w palenisku zagasiła, popioły rozgarnęła, by się upewnić, że gdzieś w ich głębi nie czai się płomień. Przysiedli wreszcie – ona na łóżku, on na stołku przy oknie. Anielka i Paweł wtulili się w spódnicę kobiety. Pozostawało czekać i prosić duchy pospołu z Podhalańską Gaździną, by dom chroniły. Wycie wiatru narastało. Tadeusz poczuł, że oblewa go zimny pot, a jednostajne zawodzenie budzi gdzieś z tyłu głowy dziecięcy płacz. Odwrócił wzrok od Olki i wpatrzył się w płomień gromnicy. To nie był moment na ucieczkę w regle.

