Wybrzeże Snów - Maria Zdybska

Maria Zdybska
Pochodzi z magicznego świętokrzyskiego, mieszka w zaczarowanym Krakowie, ale w jej żyłach zamiast krwi płynie morska woda. Jedną z jej największych pasji poza pisaniem są podróże, im dalej na północ tym lepiej, zwłaszcza, że jest przekonana, że zjawisko zorzy polarnej jest niezbitym dowodem na istnienie magii.

Pisze fantastykę inspirowaną wiedzą o mitologicznych symbolach i wzajemnym przenikaniu się motywów wspólnych dla różnych kultur. Fascynuje ją zwłaszcza trwałość i tożsamość motywów w różnych kontekstach kulturowych oraz wszystko to co wiąże się z granicami i liminalnością, tym co „pomiędzy”, „obok” i „na rubieżach”.

W 2017 r. debiutowała powieścią fantasy Wyspa Mgieł otwierającą trylogię Krucze serce. Publikowała też w Świcie Ebooków (Oddech słońca) i w Fantazmatach, tom 2. (Iskra z Edry). Stawiając sobie poprzeczkę coraz wyżej, pisze również po angielsku.

Wybrzeże Snów – Maria Zdybska

Krucze serce, tom III

Jeśli spadasz wystarczająco długo, zaczynasz się czuć, jakbyś latał.

Lirr straciła wszystko, poza obietnicą zemsty na siedmiu magach Kręgu. Jedynie wątła nadzieja na odzyskanie Raidena powstrzymuje ją przed poddaniem się rozpaczy. Stając do nierównej walki, musi zaufać swojemu kruczemu przeznaczeniu i zawrzeć nieoczekiwane sojusze.

Rozpoczyna się walka, która może zburzyć równowagę świata.

Magowie rzucają ostateczne wyzwanie bogom.
Sny zmieniają się w koszmary.
Zbliża się czas Przebudzenia.

Jakie tajemnice skrywa Wybrzeże Snów?

Informacje o książce

Seria: Krucze serce, tom III

Rok I wydania: 2020
Format: 12.5×19.5 cm
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 428

książka ISBN 978-83-7995-513-8
ebook ISBN 978-83-7995-514-5

Ceny sugerowane:
książka: 34,99 zł
ebook: 29,99 zł

 

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i WydawnictwoKupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Fragment

Prolog

Woda była czarna, gęsta jak smoła. Żarłocznie pochłaniała dźwięki, topiąc wszystko w miękkiej, bezdennej ciszy. Przenikający do kości chłód powoli zatapiał długie ostre kły w karku Lirr. Dopiero po chwili coraz wyraźniejsze drgania zaczęły układać się w chór niewyraźnych głosów. Wydawało jej się, że skądś, jakby z głębi otchłani, dobiega odległe wołanie swojego kruka, przedrzeźniane w nieskończoność rozedrganym echem.
– Śmierć!
Szum fal roztrzaskujących się o skaliste nabrzeże złośliwie zniekształcał słowa. Wołanie z czasem stawało się coraz mniej ludzkie – wraz z rykiem kotłującej się wody i grzmotem napierającego na toń wiatru wspólnie tworzyło niepokojącą pieśń.
Nie była pewna, jak długo dryfowała. Zresztą nie miało to już znaczenia. Czas był tylko złudzeniem. Wątłym przypomnieniem tego, czym była.
– Dni trwają, noce przychodzą i mijają tylko wtedy, gdy mamy na to świadków.
Samotność mąciła wyuczoną ludzką rachubę czasu, oszukiwała zmysły. Ciemność tak czarna jak jej rozpacz zajęła wszystko w zasięgu wzroku, wciskając się żałobnym kirem pod powieki i okrywając nim duszę. Lirr pomyślała, że tak właśnie musi wyglądać śmierć; ostateczna forma samotności, jak jeden niekończący się oddech poprzedzający nieznane, którego obawiamy się od dnia urodzenia.
Tęskniła do skrzydeł. Tak bardzo chciała wzbić się w przestworza, zostawić wszystko za sobą, zapomnieć ból. Kruka też jednak straciła.
Szum przybrał na sile. Wiatr jazgotał wściekle, miotając szkwały i grzmoty coraz szybciej, coraz mocniej. Niebo zlewało się z tonią wzburzonego oceanu, a Lirr płynęła bezwolnie w rytm kolejnych, gniewnych uderzeń, obracana tanecznym kręgiem smolistych wirów.
Wstrzymywany oddech nie pomagał, nie przynosił ulgi ani zmiany. Upragniony koniec nie nadchodził. Coś nie pozwalało jej rozpłynąć się w nicości, uporczywie kłuło szczelnie zamknięte powieki, refleksem mętnego trupiobladego światła przedzierało się przez nieprzeniknioną plątaninę czarnych strumieni wrzącej sztormem wody.
– W nieskończonej ciemności nawet odległe odbicie wątłej iskry może zastąpić słońce.
Z ciszy mrocznej głębiny doleciał szept. Najpierw z trudem odróżniła go od szumu krwi we własnych skroniach. Znajomy głos, z początku nieśmiało, potem coraz natarczywiej, wołał ją po imieniu, każąc jej myśleć, patrzeć, czuć. Przywoływał do życia, które chciała za wszelką cenę w sobie stłumić. Śmierć z niej drwiła. Czarnofioletowe spojrzenie było pełne wyrzutu.
– Milda… czy to znowu tylko twój duch? – Sformułowanie pytania przyszło jej z bolesnym trudem.
Światło coraz śmielej rozrywało grubą zasłonę ciemności.
– Nie, Lirr, tym razem to ja, naprawdę ja.
Być może przyśniła sobie te słowa, to światło i te karcące, nieskończenie smutne oczy. Grzmiący szum załamujących się na przybrzeżnych skałach fal wciąż wypełniał jej świadomość, zakłócając bieg myśli.
– Milda, ja… – Chciała powiedzieć coś niesłychanie istotnego, ale słowa utknęły w lepkiej czerni morskiej toni. Na wszystko było już za późno.
– Wiem… nic nie musisz mówić. – Poczuła łagodny dotyk na ramieniu, znajome, przenikliwe zimno.
– Milda, on nie żyje, zabiłam go, ja…
– Ciii… nic nie mów. Zaopiekuję się tobą. – Odległy głos rusałki brzmiał dziwnym dwutonem; karcący i czuły, stanowczy i nieśmiały.
– On nie żyje. Nie żyje. Nie żyje. Nic już nie ma sensu – szeptała jak w malignie.
– Wszystko z czasem nabierze sensu – zapewniła ją twardo Milda. Lodowata dłoń ścisnęła jej ramię. – Nawet chaos rządzi się pewnymi prawami, a twoje życie jest naznaczone boskim przeznaczeniem. Twój czas dopiero nadejdzie. Przetrwasz. Zobaczysz.
– Nie mogę trwać… On nie żyje. – Lirr uparcie zaciskała powieki. Nie chciała wracać, nie mogła spojrzeć rusałce w oczy. Była winna.
– Przetrwasz. Ten ból także przeminie.

Rozdział 1
Rozpacz i ratunek

– Co to za miejsce? – Pytanie nie zabrzmiało przekonująco. Lirr zupełnie nie obchodziło, gdzie się znalazła, ale miała już zwyczajnie dość napiętej ciszy i tego podejrzliwego spojrzenia, jakim nieustannie obrzucała ją Milda.
Powiodła obojętnym wzrokiem po widnokręgu, starając się rozpoznać krajobraz. Okolica miała w sobie coś znajomego i Lirr nie mogła się pozbyć męczącego uczucia, że kiedyś już ją widziała. Grzebanie we wspomnieniach, szczególnie odległych, było jednak ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.
– Powinnaś coś zjeść. – Rusałka pokiwała protekcjonalnie głową w sposób zupełnie nieodpowiedni dla jej wieku. Musiała nabyć tych starczych nawyków od Kenny. Lirr przyjrzała się jej uważniej. Grubo tkana szata w kolorze indygo nadawała wodnicy nietypowej dla niej powagi, ale to w jej smutnych oczach kryło się najwięcej zmian. Dawną figlarność zastąpiło coś zdecydowanie bardziej ponurego, jakby przeczucie nadchodzącego koszmaru stłumiło całą jej dotychczasową beztroskę. Wcześniej, zupełnie na przekór swojemu szczególnemu stanowi, tak pełna życia, teraz wydawała się przygnieciona nieuchwytnym cieniem śmierci, zgaszona.
Rusałka przez chwilę grzebała w ozdobionej srebrnymi krążkami torbie, prawdopodobnie w poszukiwaniu ludzkiego prowiantu. W jej nerwowym pośpiechu widać było niezrozumiały niepokój.
– Nie jestem głodna – skłamała szybko Lirr.
– Oczywiście, że jesteś – burknęła Milda, nawet na moment nie przerywając wydobywania kolejnych, niezbyt zachęcająco wyglądających pakunków.
Lirr zmarszczyła nos, gdy dotarł do niej zapach, którego nie mogła jednoznacznie sklasyfikować. Wahała się między lekko gnijącą rybą, ewentualnie jednym z tych paskudnych, miękkich serów, jakie jadali Annarczycy. W odpowiedzi pusty żołądek natychmiast zacisnął się w bolesny supeł.
– Naprawdę, nie jestem w stanie niczego przełknąć – przekonywała, krzywiąc się mimowolnie.
Zniecierpliwiona Milda ostatecznie odwróciła torbę do góry dnem, wytrząsając z niej resztę zawartości. Na kamienistą ziemię potoczyły się lekko poobijane jabłka, paski wędzonego mięsa zawinięte w jakieś liście, kawałki cukrowych kryształów, jakieś suszone jagody, grzyby, słoiczki z podejrzaną, glutowatą zawartością i cała masa kolorowych kamyków, muszelek, nawet owiniętych wstążką pęków suszonych ziół i kwiatów. Lirr nadal nie pojmowała, do czego miałby rusałce posłużyć ten przedziwny arsenał. Nieumarła prawdopodobnie nazbyt długo nie żywiła się normalnym jedzeniem, żeby właściwie ocenić sensowność swoich osobliwych zapasów.
– Musisz jeść – władczo oznajmiła wodnica, zachęcającym gestem wskazując swoje skarby. – Musisz żyć – dodała znacznie ciszej. – Kenna uprzedzała, że będziesz bardzo słaba, a przed nami długa droga.
– Gdzie ja właściwie jestem? I jak mnie tu znalazłaś? – Lirr nadal z trudem zbierała myśli. Strzępy sennych obrazów i poszarpanych świeżym bólem wspomnień mąciły jej świadomość, nie zostawiając zbyt wiele miejsca na rozsądek. Przenikliwy odór gnijącego sera utrudniał trzeźwe myślenie. Na wpół znajomy krajobraz jak ze snu zacierał granicę między jawą a marą.
Milda ściągnęła brwi w cienką linię.
– Nie pamiętasz? – zapytała ostrożnie.
– Pamiętam… – zapewniła bardziej siebie niż rusałkę. Powrót do przeszłości jeszcze mocniej ścisnął jej żołądek. – Pamiętam Jezioro Cieni… – powiedziała powoli, walcząc z mimowolnym drżeniem szczęki – a potem bramę z kości i czaszek. Bramę Prawdy.
Rusałka skinęła sztywno głową. Odgarnęła z twarzy pukiel falowanych włosów i wcisnęła go nieco nerwowo za ucho. Z jej oczu trudno było wyczytać konkretne emocje, chociaż nie wydawała się zaskoczona. Zaniepokojona – tak, ale widać spodziewała się tak nieskładnej odpowiedzi.
Przez chwilę bez słowa przyglądała się Lirr badawczo, z troską, która podzieliła białe czoło nieumarłej delikatną pionową zmarszczką.
– Nie było łatwo cię odszukać – wyjaśniła miękko, tłumiąc ciche westchnienie. – Nie wiedzieliśmy, co dokładnie się stało, ani którym portalem wydostaniesz się z siedziby Kręgu… – Urwała i znów upchnęła niesforny pukiel włosów za uchem. W jej oczach złowieszcza czerń niemal całkiem pochłonęła fiołkowe iskierki. Brzmiała teraz zupełnie inaczej niż dawna Milda, poważnie i smutno, a chwile kłopotliwego milczenia podczas rozmowy, w równej mierze co ostrożnie dobierane słowa, budowały nieznośny dystans. W tej nowej manierze wodnicy było coś zdecydowanie denerwującego.
Lirr przekrzywiła głowę, intensywnie wpatrując się w przyjaciółkę. Nie potrafiła stwierdzić, co irytuje ją bardziej, czy ten szczególny ton, jakim zwykło się przemawiać do małych dzieci albo osób, które postradały zmysły, czy może aura wszechwiedzącej kapłanki, którą Milda musiała przejąć od przemądrzałej Kenny. Zdecydowanie wolała dawną rusałkę, wygadaną, złośliwą i wesołą.
– Jak więc tu za mną trafiłaś? – Lirr ściągnęła nieco podejrzliwie brwi.
Milda opuściła wzrok, nagle niezrozumiale zawstydzona.
– Nie masz mi za złe, mam nadzieję, że zabrałam to z drzewa wotywnego. – Pospiesznie wydostała stary naszyjnik Lirr z kamieniem akwamaryny spod skromnej szaty i uniosła go na wysokość oczu. – Potrzebowałam czegoś, co miało w sobie twoją energię, esencję, jak mówi Kenna – poprawiła się z uczoną miną. – Ślad był słaby, ale wystarczający, żebym wiedziała, gdzie mniej więcej cię szukać. Reszta to… powiedzmy, że to tajemnica zawodowa. – Uśmiechnęła się cwaniacko i na krótką chwilę iskry dawnej figlarności powróciły do jej ciemnych oczu.
Lirr z trudem odwzajemniła uśmiech. Widok naszyjnika ścisnął jej serce bolesnym wspomnieniem przeszłości. Wyciągnęła ostrożnie dłoń i nieśmiało, ledwie końcem palca dotknęła gładkiej powierzchni turkusowego kamienia. Poruszony zatańczył, wirując na cienko plecionym rzemieniu. Kawałek morza zamknięty w zimnym krysztale.
Przełknęła suchość w gardle. Miała nieprzepartą ochotę, by zamknąć kamień w dłoni, poczuć jego kojącą obecność, jak robiła to kiedyś w chwilach słabości. Walczyła z przemożną chęcią, żeby zabrać go, zawiesić na własnej szyi, odzyskać, ale coś, wbrew tym pragnieniom, skutecznie ją powstrzymywało. Odsunęła drżące palce, tknięta nagłą myślą. Wisiorek z Wyspy Mgieł był kluczem do przeszłości, do której postanowiła nigdy więcej nie wracać. Nie należał już do niej, był ofiarą dla Zarii, ceną za jej błogosławieństwo. Nie mogła tego cofnąć, tak jak nie mogła zawrócić czasu, odzyskać Raidena.
– Nie… – Lirr delikatnie odepchnęła zimną dłoń Mildy. – Zatrzymaj go. Proszę – dodała łamiącym się szeptem.
Rusałka przytaknęła powoli, nie przestając patrzeć badawczo w oczy Lirr. Jej uśmiech był chłodny i blady jak zimowy poranek. Po chwili jednak opuściła głowę i zaczęła pośpiesznie układać porozrzucane rzeczy w równe rządki, słoiczki do słoiczków, buteleczki obok kryształowych kulek i kolorowych kamyków, zawiniątka i paczuszki wokół jabłek, grzybów i suszonych ziół.
Lirr przeczesała dłonią splątane włosy, starając się zebrać rozbiegane myśli.
– Co dokładnie powiedziała ci Kenna?
– To nie… – Milda przygryzła w konsternacji wargę, porządkując przy tym kolejny stosik wiktuałów. Najwyraźniej starała się zyskać na czasie, ułożyć w głowie właściwą odpowiedź. – Posłuchaj, nikt tak po prostu nie odwiedza Kręgu – wyjaśniała, znów nazbyt uważnie dobierając słowa. – Kenna miała nadzieję, że zrezygnujesz, starałam się jakoś cię powstrzymać, ale byłaś oczywiście zbyt uparta i… – Urwała. Ściągnęła brwi i przejechała w zamyśleniu końcem języka po błyszczących zębach. – Pamiętasz, prawda? – zapytała znów tym denerwująco miękkim tonem, zupełnie nie pasującym do jej drapieżnej natury. – Czekałam więc, aż się stamtąd wydostaniesz. Właściwie to… miałam nadzieję, że się stamtąd wydostaniesz.
Lirr pokiwała tylko głową w sposób, który mógł oznaczać zarówno aprobatę jak i powątpiewanie. Rozmowa szła jak po grudzie. Czuła się nieswojo. Wstała, odruchowo otrzepała drobny, solny pył z kolan i utkwiła wzrok w spokojnym morzu poniżej. Lazurowa woda była tak przejrzysta, że nawet ze swojego miejsca bez trudu mogła dostrzec ławice skrzydlatych ryb zataczających w nieskończoność hipnotyzujące kręgi. Podeszła bliżej skraju urwiska. Białe skały porośnięte solnymi kryształami opadały niemal pionowo w dół. Ostre odłamki, niczym zbielałe w słońcu połamane kości olbrzyma, wyzierały złowieszczo z turkusowej toni. Upadek z takiej wysokości byłby śmiertelny dla każdego normalnego człowieka. Czy naprawdę skoczyła? Nie była pewna. Nie potrafiła sobie przypomnieć momentu, gdy wydostała się na powierzchnię ani tego, jak rusałka wyciągnęła ją z wody i jakimś cudem zatargała na wysoki brzeg. Nie umiała określić, ile czasu spędziła w głębinie. Tam, pod wodą, nie sądziła, że kiedykolwiek ją opuści. Czas przestał mieć znaczenie. Zimno przenikające do samej duszy dawało ukojenie. Zatęskniła za tym stanem. Targnął nią nagły dreszcz.
Przejście przez Bramę Prawdy zrobiło coś dziwnego z jej pamięcią, rozbiło ją od ośrodka, choć na zewnątrz nie zostawiło żadnych ran. Nie krwawiła, nie czuła złamań, ale całe ciało toczył uporczywy ból, paraliżując mięśnie, spłycając oddech i demolując tok myśli. Sprawiał, że zmieniała się w kamienną statuę, twardą i zimną, ale zarazem kruchą i kompletnie pustą w środku. Gdy stała nieruchomo, patrząc w otchłań, ledwie silniejszy podmuch wiatru mógłby pchnąć ją ku upadkowi, roztrzaskując skorupę ciała na tysiące ostrych odłamków, których już nie da się poskładać.
– Lirr, co się tam stało? – Ocknęła się zdumiona, że widzi Mildę tuż obok. Ze swoją sercowatą, pucołowatą twarzą rusałka wyglądała teraz znowu jak mała, przestraszona dziewczynka. Niewinna i bezbronna, zupełnie nie na miejscu na tle nieprzyjaznego pustkowia. Dopiero teraz Lirr zauważyła, że dziewczyna nie nosi szaty Zarii w kolorze głębokiego indygo, tylko prostą, ciemnoniebieską sukienkę o długich, sznurowanych z boku rękawach.
– Powinnam cię wtedy posłuchać – wyznała Lirr, z trudem przełykając gorycz tych słów. – Żałuję, że mnie nie powstrzymałaś.
Milda potrząsnęła energicznie głową, uniosła jednocześnie brwi i ręce.
– Mówiłam ci, że znajomość z tym magiem nie skończy się dobrze – oznajmiła nieco zrzędliwie. Denerwująca maniera Kenny powróciła. – Mówiłam ci, że…
– Milda, to nie jego wina – przerwała jej ostro Lirr. – Wszystko, co się stało, to wyłącznie moje działanie. Jestem głupią, bezmyślną, niewdzięczną idiotką! – wyznała, walcząc z kolejnymi spazmami bólu, które zaciskały jej szczękę. – Ale przede wszystkim jestem tchórzem. Dałam się omamić Dorianne i innym, sama pozwoliłam na to wszystko, to moja, wyłącznie moja wina!
Przepaść. Skupiła na niej całą uwagę. „Tak niewiele potrzeba…” – pomyślała ze zdziwieniem, które wbrew rozsądkowi sprawiło, że poczuła się przyjemnie oszołomiona uświadomioną nagle perspektywą. Wychyliła się jeszcze śmielej nad pustką pod stopami. Niewielki skalny odłamek obrośnięty solnym kryształem wyprysnął spod jej buta i poszybował w dół. – „Tylko jeden krok.”
– Nie wierzę! – Milda szarpnęła ją ostrzegawczo za ramię. Zimne jak lód palce boleśnie wbiły się w ciało. – Znam cię, Lirr, twoje serce jest czyste! Nie zrobiłabyś niczego… – Wzrok rusałki był mroźniejszy niż fale lodowego oceanu. Lirr nie mogła rozstrzygnąć czy za tą determinacją krył się strach przed potworną prawdą, czy obawa o to, że popadła w szaleństwo.
– Moje serce, Milda… – Lirr z trudem udało się wyszarpnąć z uścisku. – Ja go zabiłam, rozumiesz? Zabiłam człowieka, którego duszę w sobie noszę i bez którego nie mogę żyć. – Straciła oddech, straciła głos. Słysząc własne słowa, jeszcze bardziej znienawidziła samą siebie.
Czarno–fiołkowe oczy rusałki rozszerzyły się w oburzonym niedowierzaniu.
– Raiden? Ty i Raiden? – wykrztusiła zszokowana. Rusałkę najwyraźniej bardziej poruszył charakter ich więzi niż to, że jej przyjaciółka zabiła maga.
Lirr zacisnęła nerwowo zęby. Nie była przygotowana, żeby tłumaczyć się przed rusałką ze swoich uczuć, zwłaszcza że sama nie potrafiła jeszcze uświadomić sobie do końca, co łączy ją z magiem. Każde jego wspomnienie przynosiło tylko bolesną wizję brutalnych wydarzeń z Kręgu.
Wzięła głęboki oddech, bezskutecznie starając się uspokoić łamiący się głos.
– Dlaczego bogowie nie pozwolą mi umrzeć? To tak potwornie boli – wyznała ledwie słyszalnym szeptem.
Morze na dnie urwiska kołysało się zachęcającym, monotonnym rytmem.
– Kochanie… – Milda zbliżyła się powoli, starając się jej nie wystraszyć, i lekko pogładziła naprężone plecy. Lód jej palców był tym razem przyjemnie kojący. – Jesteś potrzebna Zarii. Zabiorę cię na Wyspę Mgieł. Po to tu jestem. W sanktuarium będziesz bezpieczna – zapewniła ją z czułą troską, odciągając jednocześnie delikatnie od urwiska.
Lirr ukryła twarz w dłoniach, walcząc z natarczywymi wizjami z przeszłości.
– Posłuchaj uważnie, jeżeli coś się stanie… – nieoczekiwanie zabrzmiał w jej głowie rozkazujący ton Raidena.
– Nie! – Potrząsnęła zdecydowanie głową. – Najpierw muszę dostać się do Samotnej Warowni.
– Ale… – Milda wydawała się zupełnie skonsternowana.
– Obiecałam mu to – wyjaśniła dobitnym tonem Lirr. – Nawet nie próbuj mnie przekonywać. Chociaż ten jeden raz zrobię dokładnie to, o co mnie prosił. Muszę spotkać się z Asterle – oznajmiła z goryczą. – Muszę znaleźć sposób, żeby zemścić się na Kręgu i dać tym parszywym magom to, na co zasługują – zapewniła gorliwie. – Reszta… nie ma teraz znaczenia. Możemy nawet wrócić razem na wyspę, jeśli chcesz, i zostanę tam przynajmniej jakiś czas.
Przez długą chwilę Milda przyglądała się jej badawczo w ponurym milczeniu.
– Mam nadzieję, że się przesłyszałam – wycedziła w końcu, ponownie załamując w dramatycznym geście uniesione wysoko ramiona. – Na pewno się przesłyszałam. Zamierzasz się mścić na Kręgu? – Upewniła się ściszonym bez powodu głosem, balansując pomiędzy drwiną a łajaniem.
Lirr drgnęła niespokojnie, nieprzygotowana na taki atak. Milda przestąpiła niecierpliwie z nogi na nogę, widocznie coraz bardziej rozeźlona. Jej drapieżna natura raptem dała o sobie znać.
– Oszalałaś? Nie masz wobec nich najmniejszych szans! – Znów wyrzuciła w górę ręce, żeby zaraz potem wziąć się hardo pod boki. – A jeżeli ubzdurałaś sobie, że ci w tym pomogę, to muszę cię niestety rozczarować. – Wycelowała w nią oskarżycielsko wskazujący palec. – Nie zbliżę się do ich parszywego gniazda nawet na dzień drogi i nie zamierzam ci znowu pozwolić na coś równie idiotycznego! Jak w ogóle miałaby ta twoja zemsta wyglądać, co? Zastanawiałaś się nad tym? Nawymyślasz im od najgorszych? A może tupniesz nogą i naplujesz na jedną z tych ich zafajdanych bram? – Wprost ciskała złośliwościami. Chociaż wcześniej starała się mówić cicho, jakby z obawy, że Siedmiu może ją usłyszeć, teraz jej głos z każdą chwilą brzmiał coraz donioślej.
– Nic nie rozumiesz, Milda – zaprotestowała oziębłym tonem Lirr. – Wszystko się zmieniło. Nie lekceważ mnie! Jestem silniejsza, niż sądziłam, a oni słabsi, niż im się wydaje. Magowie nie mają boskiej mocy, choć bardzo jej pragną, za to ja mam w sobie iskrę Zarii. – Sama myśl o mocy natychmiast przywołała znajome uczucie mrowienia w opuszkach palców, rozlewające się stopniowo płynnym ogniem wzdłuż dłoni i ramion, spływające rozedrganymi, gorącymi strumieniami od podstawy czaszki do karku i w dół, wzdłuż kręgosłupa. Nagły przypływ magii sprawił, że straciła oddech, a świat wokół niej zaczął wibrować nienaturalnie jaskrawymi barwami. Czuła zarazem palący ból i podniecającą falę energii. Zmrużyła oczy, poranne słońce raziło do łez.
Milda, choć znacznie niższa, pochyliła się groźnie w jej kierunku, nie dając za wygraną.
– Owszem, masz boską iskrę, ale naprawdę myślisz, że możesz wygrać z całą tą parszywą siódemką?
Najdelikatniej, jak potrafiła, odsunęła rusałkę od siebie, wracając wzrokiem do morskich fal rozbijających się o skały daleko w dole. Dopiero gdy zaczęła mówić, uświadomiła sobie, że przejście przez Bramę Prawdy pozwoliło jej zrozumieć, kim jest i czego pragnie, i jeszcze jedno: że tam, w głębi, podjęła decyzję.
– Zamierzam przynajmniej spróbować.

Seria Krucze serce - Maria Zdybska

Nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego zakończenia serii Krucze serce. „Wybrzeże snów” to pełna emocji powieść, która skradnie wasze serca! Gorąco polecam!
Ewelina Nawara, autorka powieści Melodia serc

„Wybrzeże snów” to niewiarygodna, pełna zawirowań i emocji czytelnicza przygoda. Pełna determinacji bohaterka, która zrobi wszystko, aby uratować życie Raidena. To wyścig życia ze śmiercią… do końca nie wiadomo, które z nich wygra!
Justyna Leśniewicz, autorka powieści Melodia serc

Miłość silniejsza niż przeznaczenie i to w samym centrum siejącej zniszczenie burzy chaosu…
Magia, która scala, siły, które niszczą i finał, który przepiękną prozą zawładnie nie tylko Twoim sercem!
Lidia Kozikowska, @bookliszek

Idealne zwieńczenie trylogii, przez którą zarwałam nie jedną noc! Jeśli myśleliście, że emocje sięgały zenitu przy pierwszych dwóch tomach (o mamo, pamiętacie zakończenie „Jeziora Cieni”?!), radzę przemyśleć sytuację: nadchodzi „Wybrzeże Snów”. Polecam obiema rękoma.
Marta Lis, @pannafox

To niesamowite, że podczas czytania książki jestem w stanie poczuć zapachy! Poczuć wiatr we włosach, smak soli na ustach, zapach rozgrzanego słońcem bursztynu. „Wybrzeże Snów” to pulsująca emocjami opowieść, która zawładnie sercem i umysłem. Pełna uniesień radości, dojmującego smutku, kruczej wolności i walki o miłość. Maria Zdybska po raz kolejny zabiera nas w ekscytującą podróż,
w której nie może Cię zabraknąć!
Martyna Adamska, @zaczytanaa_m

„Wybrzeże Snów” to nie tylko piękny tytuł, to przepiękne zamknięcie serii. Sensualne flow Marii Zdybskiej jest niczym zaklęcie otwierające portal do innego wymiaru. Wejdź do świata Lirr i Raidena, czuj i smakuj, a gdy skończysz, wróć.
Wróć i odkrywaj Krucze Serce od nowa.
Katarzyna Wąsowicz, Strefa Booki

Patronaty

Wybrzeże Snów - Maria Zdybska