Wschodni płomień - Patrycja Żurek

PATRONI

Wschodni płomień - Patrycja Żurek patronaty

Wschodni płomień – Patrycja Żurek

Sergiusz i Mei poznali się w szkole. On – pół Rosjanin, ona – pół Japonka. Dwa zupełnie różne charaktery, dwie odmienne kultury. Nim miłość między nimi zdążyła zakwitnąć na dobre, musieli się rozstać. Po latach spotykają się ponownie, jednak nie są tymi samymi ludźmi, co w młodości.

Sergiusz nie wygląda jak kiedyś, a przez to, co przeszedł trudno mu uwierzyć, że jest godny miłości. Mei musi zmierzyć się z chorobą matki, to ostatnia szansa, by poukładać wzajemne relacje. Skrywane przez lata sekrety wychodzą na jaw.

Czy Sergiusz i Mei będą w stanie wspólnie zmierzyć się z przeciwnościami losu? Czy pozwolą, by ogarnął ich płomień? Spalą się w ogniu czy odrodzą?

Czy miłość jest zdolna przetrwać wszystko?

Informacje o książce

Rok I wydania: 2020
Format: 14.0×20.5 cm
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 196

druk ISBN 978-83-7995-504-6
epub ISBN 978-83-7995-505-3
mobi ISBN 978-83-7995-506-0

Ceny sugerowane:
książka: 34,99 zł
ePub: 29,99 zł
mobi: 29,99 zł

 

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Fragment

Sergiusz

Październik

– To pewnie jakaś skośnooka mał… – Właśnie kończyłem mówić, kiedy do klasy weszła Ona. – Pa…

Dokończyłem na wydechu, a w duchu modliłem się, by nie słyszała. Posłała mi znaczące spojrzenie, co rozwiało wszelkie wątpliwości. Usiadła w pierwszej ławce, poprawiła zwisające po bokach głowy warkocze. Na szyję założyła kolorowe słuchawki.

– To zrobiłeś pierwsze wrażenie. – Michał zaśmiał się. Szturchnął mnie w bok i nasunął na nos ciągle spadające duże okulary. – Grunt to dobrze zacząć.

– Spadaj – burknąłem.

Wstałem i przysiadłem się do nowej. Zerknęła przelotnie ciemnymi oczami, na jej prostym nosie dostrzegłem piegi. W małych dłoniach trzymała książkę, czytała i całkowicie mnie ignorowała. Chrząknąłem.

– Cześć – zagadnąłem.

Poprawiła się na krześle, jednak nie odłożyła lektury. Zerknąłem, ale zobaczyłem tylko niezrozumiałe znaczki i jakieś rysunki.

– Co czytasz? – Spróbowałem ponownie. Przypatrywałem się jej, nie mogłem oderwać oczu. – Jak masz na imię? Halo! Ziemia do Chinki!

– Jestem Japonką, jeśli już, choć tylko w połowie – odpowiedziała.

Oczy dziewczyny nadal śledziły tekst. Zamknęła książkę, dopiero kiedy do klasy weszła nauczycielka. Nie wróciłem na miejsce, siedziałem z Mei do końca dnia, mimo docinków ze strony kumpli. Jednak nic nie pomogło zatrzeć pierwszego wrażenia, jakie wywarłem, gdyż pół-Japonka nie odezwała się ani razu.

Następnego dnia zająłem miejsce w pierwszej ławce. Puściłem mimo uszu złośliwe docinki kolegów, miałem ważniejsze sprawy. Dziewczyna usiadła i znowu zaczęła czytać.

– Może powiesz, jak masz na imię? Jestem Sergiusz, choć w domu wołają na mnie Siergiej, to z rosyjskiego. Ojciec stamtąd pochodzi – mówiłem bez namysłu. – Jest członkiem baletu, dużo podróżuje i rzadko bywa w domu. Mieszkam z mamą, czasami odwiedza nas babcia i…

– Zawsze tak dużo mówisz? – Spojrzała na mnie.

Zauważyłem, że jej oczy mają kolor dojrzałych, dopiero co wyłuskanych ze skorupki kasztanów. Miała długie rzęsy i ciemne brwi.

– Tylko kiedy się denerwuję – palnąłem bez namysłu.

Słyszałem, że chłopcy w ławkach za nami rechoczą, wszystko słyszeli, ale miałem to gdzieś.

– Mei – szepnęła.

Zmarszczyłem brwi.

– Mei – powtórzyła i wyciągnęła dłoń.

Uścisk miała zadziwiająco silny, myślałem, że muśnie mnie tylko palcami.

– Czego chcesz od skośnookiej małpy? – rzuciła lekkim tonem.

Nie wyczułem w jej głosie złości. Spuściłem głowę, zaczerwieniłem się.

– Przepraszam – powiedziałem. – Chciałem się popisać.

– Odważne przyznanie do winy – odpowiedziała.

– Nie lubię chować głowy w piasek. – Wzruszyłem ramionami. – Mama mówi, że kiedyś zaprowadzi mnie to do grobu, ale tata uważa to za przejaw odwagi.

– Więc co się zmieniło? – Przekrzywiła głowę, przypominała w tym momencie wróbla. Nie do końca zrozumiałem, chyba poznała to po mojej minie, bo dodała: – Dlaczego nagle chcesz ze mną rozmawiać?

Miałem wrażenie, że to pytanie ma drugie dno. Próbowałem odgadnąć, co miała na myśli, ale nie zdążyłem, bo do sali weszła nauczycielka.

Tydzień później czekałem na Mei przed szkołą. Wyglądała pięknie w krótkiej, plisowanej spódnicy i białej bluzce. Włożyła bordowy sweterek, a na końcach warkoczy zawiązała kokardy. W blasku jesiennego słońca, wśród opadających liści wyglądała niczym prawdziwa mieszkanka Kraju Kwitnącej Wiśni. Przypominała mi Japonki z filmów, które oglądałem. Odkąd ją poznałem, miałem ochotę zgłębiać wiedzę na temat tego państwa.

– Co tu robisz? – zapytała, kiedy podeszła bliżej.

W dłoniach trzymała skórzaną torbę z książkami schowanymi w środku.

– Czekam. – Zarzuciłem plecak na ramię. – Chciałem ci coś pokazać. Dziś Dzień Nauczyciela, więc mamy luzy. Pogoda piękna, może urwiemy się z lekcji?

Mei cofnęła się o krok.

– Nie mogę.

– Oczywiście, że możesz. Nikt się nie dowie. – Chwyciłem ją za rękę.

Okazała się ciepła w dotyku i delikatna, o szczupłych palcach. Wahała się, ścisnąłem jej dłoń na zachętę.

– Popatrz. Spadają liście, odlatują ptaki, niebo jest niebieskie, a słońce świeci. Możemy nacieszyć się tym pięknem, prawda? Chociaż przez chwilę.

Mei zadarła głowę, rozglądnęła się. Rozchyliła usta, jakby chłonęła piękno świata. Czekałem, coraz bardziej zniecierpliwiony, ponieważ zbliżał się dzwonek. Nie chciałem, żeby ktoś nas przyłapał, wtedy byłoby, jak to mówiła matka, Ślązaczka z pochodzenia, „po ptokach”.

– Mei? – zagadnąłem.

Zerknąłem na zegarek, ale nie zarejestrowałem, która godzina. Na pewno zbyt późno. Spojrzała na mnie, kiwnęła głową. Chwyciłem ją mocniej, pociągnąłem. Biegliśmy, dopóki szkoła nie została daleko w tyle. Zwolniliśmy dopiero kilka przecznic dalej.

Mei oddychała szybko, policzki miała zaczerwienione, z jej warkoczy wymknęło się kilka kosmyków. Spontanicznie sięgnąłem i odsunąłem je z policzków, Mei cofnęła się gwałtownie.

– Co chciałeś pokazać? – zapytała w przestrzeń.

– To niedaleko. – Znów złapałem ją za rękę.

Nie wyrwała się, mimo że tego się spodziewałem.

Wiatr strącał pod stopy kolorowe liście, stadka ptaków przysiadały na prawie nagich gałęziach i krzyczały w niebo. Promienie słońca rozgrzewały twarze. Kiedy weszliśmy do lasu, otoczył nas zapach butwiejących liści i mokrej ściółki, otoczenie wydawało się bajkowe. Dostrzegałem na krzakach nitki pajęczyny z nanizanymi na nie koralami rosy. Mei stąpała delikatnie, pod moimi stopami szeleściły liście.

Las przerzedził się, jezioro zalśniło w promieniach słońca, zaszemrały wysokie trawy. Mei zatrzymała się, przymknęła oczy. Wyglądała pięknie, trochę podobna do driady, szczególnie w półcieniu rzucanym przez drzewa.

– Powinnaś rozpleść warkocze, zobaczysz, jakie to przyjemne, kiedy wiatr szarpie włosy – zaproponowałem.

Mei dotknęła kokard, uśmiechnęła się. Zbliżyłem się, stanąłem tak, że czułem jej oddech, odrętwienie ciała i napięte oczekiwanie. Jakby przeskakiwały między nami iskry. Rozwiązałem wstążkę. Rozpuściłem jej włosy, przeczesywałem palcami. Mei zesztywniała jeszcze bardziej, czułem jej spięcie. Wiatr porwał pasma, uderzył puklami w nasze twarze. Zaśmiałem się, lody puściły.

– Tu jest… – Mei odwróciła się, podmuch odsunął grzywkę z czoła, a jej oczy śmiały się do mnie – magicznie!

– Chodź na mostek. Często przychodzę tutaj, kiedy tata wyjeżdża. Wtedy matka szaleje, a ja nie mogę znieść jej humorów.

Kładka zakołysała się pod naszymi krokami, Mei wyciągnęła dłoń i chwyciła mnie za rękę. Uśmiechnąłem się.

– Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś – powiedziała. Usiedliśmy po turecku na końcu mostka. – Dawno nie miałam wolnego dnia.

– Co robisz po szkole? – zagadnąłem.

– Uczęszczam na angielski, kurs rysunku, zajmuję się muzyką. – Wskazała na słuchawki. – Poza tym nadal uczę się japońskiego, poszerzam słownictwo polskie. Czytam książki i spędzam czas z rodzicami.

– Sporo – mruknąłem.

Nie miałem pojęcia, jak to skomentować. Popołudnia spędzałem zazwyczaj na rowerze albo włócząc się z chłopakami. Czasami rysowałem, ale zazwyczaj zupełnie bezproduktywnie.

– Rodzice są wymagający. – Założyła włosy za ucho. – Chcą mi zapewnić najlepszy start i takie tam. – Zaśmiała się. – A twoi?

– Mama zajmuje się domem i ojcem, odnoszę wrażenie, że jest jej oczkiem w głowie. Tak, jakby był dzieckiem a nie partnerem – prychnąłem. – Tata jest zabawny, wrażliwy i wyjątkowy. – Jak zawsze na myśl o ojcu zrobiło mi się ciepło na sercu.

Tęskniłem za nim.

– Mówiłeś, że tańczy?

– Tak – przytaknąłem. – To jeden z najlepszych baletmistrzów. Ludzie tego nie rozumieją, śmieją się, że tata pląsa w rajtuzach.

– Głupie.

Wpatrywała się w falujące pod nami jezioro. Skrzyło się i nieprzerwanie kołysało, z chlupotem rozbijając się o pale, na których opierała się kładka.

– Ludzie są ograniczeni. Ojciec często jest obiektem kpin, szczególnie w miejscach publicznych. Chyba go to nie rusza, jednak jego nieobecność w Polsce wynika nie tylko z treningów, jak podejrzewam.

– Moja mama często wyjeżdżała. Wspinała się na tysięczniki – wyznała Mei. Mówiła tak cicho, że musiałem się przysunąć, żeby usłyszeć. – Wtedy zostawaliśmy z ojcem sami na długi czas. Śledziliśmy wiadomości i drżeliśmy o to, by wróciła cała. Czasami mam wrażenie, że jestem na wpół sierotą.

– Ja też – szepnąłem.

Położyłem się, wsunąłem ręce pod głowę. Mei zrobiła to samo, wpatrywaliśmy się w płynące po błękicie chmury. Słońce raziło w oczy. Milczeliśmy, zastanawiałem się, jak dobrze mnie rozumiała. Brakowało słów, żeby wyznać, co myślę. Jeszcze nigdy nie czułem się z nikim tak dobrze. Jakbym nagle odnalazł dawno niewidzianego przyjaciela.

Pierwsze krople deszczu spadły na nasze twarze gdzieś w okolicach południa. Ciemne chmury przykryły słońce, świat wyglądał zupełnie inaczej w mżawce sypiącej się z nieba niczym konfetti. Pomogłem Mei wstać, splotłem jej palce ze swoimi i biegliśmy do domu, coraz bardziej przemoczeni.

Burza rozszalała się na dobre, zanim dotarliśmy do miasta. Mei mieszkała w jednym z długich bloków pełnych klatek, mieszkań i okien, gdzie nikt nie pozostawał anonimowy. Grzmoty nad głowami przetaczały się raz po raz, błyskawice rozświetlały struchlały świat. Ptaki gdzieś się skryły, ludzi też nie widzieliśmy. Ściana deszczu otoczyła nas prawie tak szczelnie jak kotara. Dopiero gdy stanęliśmy pod daszkiem klatki, mogłem się jej przyjrzeć. Uspokajaliśmy oddechy, z mokrych włosów Mei kapały niczym perły wielkie krople wody.

Wziąłem jej twarz w dłonie, zmarznięte i lepkie od wilgoci, i przycisnąłem usta do jej ust. Oszołomiło mnie doznanie, miękkość warg poruszyła coś, zmieniła gdzieś głęboko wewnątrz. Mei przymknęła oczy, oddała pocałunek, zbliżyła się i wtuliła. Wydawała się wtedy taka bezbronna, a ja miałem ochotę już zawsze ją chronić.

Mei

Kwiecień

– Absolutnie nie możesz spotykać się z tym chłopakiem, Mei – powiedział ojciec. Dłonie ułożył równo na stole.

Naprzeciwko siedziała mama i obgryzała skórki przy paznokciach. Założyła nogę na nogę i od czasu do czasu puszczała mi oko.

Mnie jednak obchodził tylko tata.

– To niedopuszczalne, żeby dziewczyna z twoją pozycją i inteligencją zadawała się z kimś takim.

– Nic o nim nie wiesz. – Odważyłam się odezwać.

Ojciec zgromił mnie wzrokiem i mocno zacisnął usta.

– Wystarczająco, by tego od ciebie żądać, Mei – rzekł z powagą. – Nie życzę sobie, żeby moja córka całowała się z tym… – Ojciec zaciął się. Odczułam satysfakcję, że nie potrafi znaleźć polskiego słowa.

– Chłopakiem – dokończyła mama. Gabriela wstała, przeciągnęła się, wyciągając ręce do góry, jakbyśmy nie rozmawiali o niczym ważnym. – Chce ktoś herbaty?

– Nie teraz! – huknął Yoshimitsu.

Mama usiadła, ale nie sądziłam, by wybuch taty zrobił na niej wrażenie. Czasami jawiła mi się jak skała. Albo góra, to odpowiedniejsze określenie. Ja nie czułam się jeszcze na tyle silna, by mu się przeciwstawić.

– Mei powinna się uczyć, jeśli chce wyjechać do Japonii.

Zdrętwiałam. Błagałam ojca wielokrotnie, by pozwolił mi jechać po zakończeniu nauki, zawsze odpowiadał „nie”. Zaczęłam nawet podejrzewać, że się mnie wstydzi, jednak mama szybko wybijała mi te myśli z głowy. Teraz spojrzałyśmy na ojca zdumione.

– Jak to? – zapytałyśmy jednocześnie.

Ojciec poprawił krawat, co znaczyło, że szuka odpowiednich słów. Strzepnął z rękawa garnituru pyłek, złożył dłonie na stole i w końcu powiedział:

– Długo nad tym myślałem. Mei powinna poznać również moją kulturę. W końcu po części jest Japonką, co widać. Myślę, że mogłaby spędzić tam rok czy dwa. Podszlifuje język, pozna rodzinę i zwyczaje panujące w moim kraju, i…

– Nie ustalaliśmy tego. – Gabriela wstała gwałtownie, oparcie krzesła stuknęło o ścianę. – A co ze mną?

– Pojedziesz z nami, oczywiście. – Dla ojca wszystko było zawsze czarne albo białe.

Dla matki świat miał wiele odcieni. Tak jak dla mnie. Mimo że bardzo kochałam ojca, podobna byłam raczej do matki.

– Planowałem powiedzieć o tym niedługo, niestety nasza nieodpowiedzialna córka przyspieszyła sprawę.

– Ojcze, miłość nie jest nieodpowiedzialna – zaprzeczyłam gorąco. Czułam łzy, które zakradały się do oczu i dusiły w gardle, kiedy próbowałam je powstrzymać. – Kocham go i chcę z nim być.

Ojciec nie zbagatelizował moich słów, nigdy tego nie robił. Patrzył poważnie przez dłuższą chwilę, analizował. Spojrzał na Gabrielę, która stanęła przy oknie i wyglądała na zewnątrz. Jej poza, z zaplecionymi poniżej piersi rękami, świadczyła o tłumionej złości.

– Porozmawiamy o tym później – zadecydował.

Mimowolnie, nauczona latami upominania, ukłoniłam się i wyszłam. Zamknęłam się w pokoju, ale mimo to słyszałam podniesione głosy rodziców, kiedy się kłócili. Założyłam słuchawki na uszy, włączyłam Nad pięknym modrym Dunajem. Usiadłam przy biurku, wyjęłam blok i ołówek, jednak rysowanie nie szło zbyt dobrze. W głowie ciągle brzęczały słowa ojca, nie tylko te zakazujące mi widywania Sergiusza, ale przede wszystkim te o wyjeździe do Japonii.

Wyjęłam z szuflady zdjęcie Siergieja. Uśmiechał się, mimo że miał krzywe zęby; zielone oczy patrzyły z uwagą i przenikliwością, aż poczułam dreszcze. Ciemne blond włosy opadały grzywką na czoło. Kochałam go. Nie mogłam wyjechać ponad osiem i pół tysiąca kilometrów stąd. Z drugiej strony miałam tylko jedną szansę na to, by poznać rodzinę i kraj ojca. Nie czułam się Polką, może więc poczułabym się Japonką?

Kiedy rodzice zasnęli, wymknęłam się do łazienki, żeby wziąć prysznic. Spojrzałam w lustro na ciemne, skośne oczy. Dotknęłam gładkich policzków, wplotłam palce we włosy i pociągnęłam. Wszyscy w klasie traktowali mnie jak dziwaka, chociaż odkąd spotykałam się z Sergiuszem, nie dawali tego odczuć.

Wróciłam do łóżka, ale nie potrafiłam zasnąć. Siergiej błąkał się po głowie, serce biło równo, chociaż gubiło rytm, kiedy myślałam o zakazie ojca. Powinnam być posłuszna. Nie! Odrzuciłam kołdrę i wstałam. Podeszłam do okna, ale niewiele widziałam oprócz świateł samochodów na pobliskiej drodze. Zrobiło mi się zimno, więc wróciłam pod kołdrę. Płakałam bezgłośnie, pozbawiona nagle nadziei.

– Źle wyglądasz – zauważyła rano mama.

Pogłaskała mnie po głowie, pocałowała w czoło.

– Nie spałam – odpowiedziałam markotnie. – Gdzie tata?

Gabriela odsunęła się, machnęła dłonią, jednak zanim odwróciła głowę, w jej oczach dostrzegłam urazę.

– Wyszedł już do pracy – powiedziała swobodnie. – Mei… – Usiadła przy stole, wyciągnęła ręce, ale nie dotknęła mnie. – Chciałabyś wyjechać?

– Kiedyś bardzo, ale teraz – zawahałam się. Nie miałam pewności, czy matka nie jest sprzymierzeńcem ojca, czy tylko nie gra miłej, żeby się zorientować, co mi siedzi w głowie. Uderzyło mnie to, bo nigdy nie wątpiłam w rodziców. – Teraz jest Sergiusz – dokończyłam pewnie.

Gabriela skinęła głową, potarła dłońmi ramiona, jakby zrobiło się zimno.

– Wiesz, że taka miłość przemija? – zapytała. Oparła się, zakołysała na tylnych nogach krzesła. Ojciec tego nie znosił, ale przecież wyszedł, więc mogła.

Pokręciłam głową.

– Naiwna jesteś jeszcze. Wypełniona ideałami, Mei. To nie jest nic złego, każdy się tego uczy, to naturalny proces, ale jednak… Wolałabym ci oszczędzić bólu związanego z pierwszą miłością.

– Wy się kochacie – zauważyłam butnie. Wszystko we mnie protestowało, słowa chciały wyrwać się na zewnątrz i zranić matkę, ale jeszcze je powstrzymywałam. – Jesteście szczęśliwi i w ogóle.

– Poznaliśmy się w dojrzałym wieku, Mei, kochanie. – Gabriela zaśmiała się cicho. Wyczułam w nim raczej gorycz niż wesołość. – Nie możesz porównywać naszych relacji z tym, co łączy ciebie i tego Ruska.

– Mamo… – oburzyłam się.

Podniosła dłonie.

– Przepraszam – rzuciła szybko. – Nie powinnam. Ojciec natłukł mi do głowy stereotypów. – Potarła czoło palcami. – Ale w jednym ma rację, jesteście dzieciakami, ledwo wchodzicie w dorosłość, macie pstro w głowach i myślicie, że miłość pokona wszystko. A ona zakończy się przy pierwszym poważniejszym kryzysie.

– Nie! – Z oczu popłynęły łzy gniewu.

Matka nie miała racji, chciała mnie zniechęcić. Obrzydzić to, co piękne!

– Mei. – Gabriela przysunęła się, krzesło zaszurało po podłodze. – Zrozum, to naturalne. Będziesz go później wspominać jako wspaniałą przygodę, nic więcej. Ot, szkolna miłość.

Poderwałam się, wypełniona wściekłością, jakiej nigdy jeszcze nie czułam. Rodzice chcieli odebrać mi coś najważniejszego na świecie, nie mogłam na to pozwolić.

– Muszę iść do szkoły – rzuciłam przez ramię i wybiegłam.

Łzy łączyły się z wiosennym deszczem.

Pobiegłam do Siergieja, który mieszkał w domku jednorodzinnym niedaleko blokowiska. Do rozpoczęcia lekcji mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc jeszcze dobre pół godziny czekałam, aż wyjdzie.

– Mei? – Zdziwił się, kiedy mnie zobaczył. – Co się stało? Płakałaś?

– Ojciec chce mnie wysłać do Japonii. Zabrania nam się spotykać. – Znów załkałam, a Sergiusz przygarnął mnie do siebie. Myśl, że mogłabym go więcej nie zobaczyć, wydawała się nie do zniesienia. – I… i… to koniec chyba.

– Musimy uciec – zadecydował.

Spiął się, czułam mięśnie jego ramion pod granatowym swetrem. Uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz, zmarszczył brwi i zacisnął szczęki. Na szyi pulsowała żyła.

– Nie możemy – zaprotestowałam słabo, bo taka sama myśl kiełkowała we mnie całą noc. – Nie mamy możliwości, pieniędzy i…

– Cii. – Pochylił się i mnie pocałował. Przez chwilę w głowie pojawiła się pustka, ale zniknęła, kiedy się odsunął. Czy moglibyśmy…? Naprawdę? – Babcia na pewno nas przyjmie. Możemy udawać, że wyjechaliśmy na wakacje, i wziąć ślub. Wtedy nas nie rozdzielą.

– Siergiej – pisnęłam przerażona. – O czym ty mówisz?!

Sergiusz oparł swoje czoło o moje, przycisnął mnie mocniej. Strach gdzieś uleciał, w jego ramionach nie miał takiej mocy.

– Nie chcę się z tobą nigdy rozstawać. Kocham cię i zawsze będę – zapewnił.

Wypełniło mnie ciepło. Wierzyłam mu, wiedziałam, że mówi prawdę, bo czułam dokładnie to samo. Uniesienie prawie poderwało mnie do nieba, gdy znów mnie pocałował. Byłam gotowa zrobić dla niego wszystko.

– Kiedy i gdzie? – zapytałam.

Mogłam porzucić rodziców i marzenia o Japonii. Ukradkiem dotknęłam słuchawek, sprawdziłam, czy w plecaku mam blok rysunkowy. Ta decyzja mogła zaważyć na przyszłości i zdawałam sobie z tego sprawę, jednak miłość… ona mnie unosiła na powierzchni, dawała siłę i cel. Bez miłości to wszystko nie miało sensu!

– Po maturze, nie warto zaprzepaścić tylu lat nauki. – Mrugnął. – Spotkamy się na dworcu w Katowicach, dogram jeszcze szczegóły. Wtajemniczę babcię, ale ona nie puści pary z ust, to taki honorowy typ.

– Jesteś pewien? – Zadrżałam.

Realny plan to co innego niż mrzonki podczas bezsennych nocy. Czy byłam pewna? Gotowa? Spojrzałam w zielone oczy Sergiusza i wszystkie wątpliwości zniknęły.

– To moja babuszka – powiedział z uśmiechem. – Mogę jej ufać.

– Skoro tak. – Nie przekonał mnie.

– Zaplanujemy wszystko, Mei. Nigdy cię nie zostawię. Nigdy! – Chwycił moje dłonie i ścisnął. – Jesteś moją połówką, rozumiesz? Jaka była szansa, że w tym ogromnym świecie się spotkamy, co? Pół-Japonka, pół-Rosjanin, dwie mieszanki wybuchowe i dwoje zagubionych ludzi, którzy czuli się tacy samotni? Półsieroty, mimo że rodzice żyją?

– Żadna – szepnęłam.

– A jednak… – zawiesił głos. – To musi coś znaczyć, prawda?

Poszukałam potwierdzenia w jego oczach. Przytaknęłam.

Kiedy trzy miesiące później stałam pod zegarem na dworcu w Katowicach, w uszach dźwięczały słowa Siergieja z tamtego dnia. Chciałam zapomnieć o ostatnich tygodniach, podczas których udawałam dobrą córkę i przykładną uczennicę. Zdałam maturę z bardzo dobrym wynikiem i przez chwilę grzałam się w cieple rodzicielskiej dumy. Ostatni raz. Walczyłam z wyrzutami sumienia, jednocześnie nie mogłam doczekać się momentu, w którym wszystko miało się zmienić.

Sergiusz nie chciał zdradzać szczegółów. Mówił, że załatwił bilety na pociąg do Białegostoku, stamtąd miał nas odebrać zaufany członek rodziny. Nie wnikałam w szczegóły, zbyt przerażona nieposłuszeństwem, do którego zamierzałam się posunąć. Dlatego godzinę przed czasem stałam na dworcu, spoglądałam na spieszących się ludzi, wypatrywałam z bijącym sercem rodziców i Sergiusza. Południe minęło, minęła trzynasta. Spacerowałam tam i z powrotem. Słońce grzało, zapowiadało słoneczne, upalne lato. Koszulka na ramiączkach lepiła się do spoconych pleców, palce opuchły, skończyła się woda. Osłoniłam oczy, robiąc daszek z dłoni, ale w tłumie nie dostrzegałam znajomej sylwetki.

O piętnastej zaczęłam tracić nadzieję. Pociąg już dawno odjechał. Usiadłam na chodniku, ignorowałam spojrzenia ludzi, którzy chyba brali mnie za żebraczkę. Skupiłam się na oddechu, nie chciałam wpaść w panikę, nie teraz. Napięcie ostatnich tygodni skumulowało się w klatce piersiowej, rezonowało bólem na plecy. Też je lekceważyłam. Nie liczyło się nic oprócz brzęczących w umyśle słów Siergieja. Przecież mnie kochał. Prawda? Prawda?!

Kiedy zadawałam sobie pierwszy raz to pytanie, dochodziła piąta. Czułam, że usta spierzchły od szeptów do samej siebie. Podróżni pewnie uważali, że postradałam zmysły. Sama też się tak czułam, zagubiona i skonsternowana.

Nie przyszedł.

Nie kochał mnie, czy coś się stało? Poderwałam się na tę myśl, ale zaraz oklapłam. Do głowy nieproszone wcisnęły się słowa mamy. Czyżby miała rację, że pierwsza miłość zawsze przynosi tylko ból? Co się mogło stać? Próbowałam się dodzwonić, ale telefon pozostawał głuchy.

Spacerowałam w kierunku schodów i zegara niezliczoną ilość razy. Wskazówki przesuwały się nieubłaganie, a we mnie zalegała coraz większa trwoga. Nie przyszedł. A to znaczyło, że…

– Mei?

W pierwszej chwili nie poznałam matki. Stała z czerwoną parasolką rozłożoną nad głową. Nawet nie zauważyłam, że pada. Uśmiechała się delikatnie, ze zrozumieniem. I współczuciem, którego potrzebowałam, choć nie chciałam przyjąć.

– Przecież mnie kocha, prawda? – wychrypiałam.

Tamy puściły, łzy rozlały się strumieniem, spłynęły po policzkach. Gabriela przyjęła mój szloch między piersi, kiedy obejmowała mnie za drżące ramiona. Wstyd pomieszany z poczuciem winy sprawił, że mamrotałam to, co myślałam.

– Mieliśmy uciec, mamo. Zgubić się gdzieś w wielkiej Rosji, zapomnieć o przeszłości. Mieliśmy plany, żeby się pobrać, mieć rodzinę. Należymy do siebie, nie rozumiesz? Dwie połówki skomplikowanej maszyny i…

– Nie, Mei, głuptasku. – Matka weszła mi w słowo, wybiła z rytmu. – Człowiek to zawsze całość, zapamiętaj. Nie potrzebujesz nikogo, kto by cię uzupełniał, bo jesteś pełna. To najważniejsza rzecz, jakiej nauczyła mnie babcia. Czy to kobieta, czy mężczyzna, każdy jest kompletny. Nie musimy szukać innych ludzi, by zapewniali nas o wspaniałości ani starać się komuś coś udowodnić.

– Więc po co z kimś być? – pisnęłam.

Ból rozrywał mnie od środka, paraliżowała myśl, że dałam się oszukać, że uwierzyłam i zaufałam. Byłam przecież gotowa zostawić ojca i matkę, porzucić ambicje na rzecz niepewnej przyszłości. Jakże głupia się okazałam.

A później przypominały mi się wspólne chwile i miłość zalewała mnie falą rozpaczy i rozczarowania.

– Z samej przyjemności przebywania z kimś, kto cię rozumie, ale nie ogranicza. Z kimś, przy kim czujesz się sobą i zawsze ci dobrze.

– Ale wy z tatą czasami się kłócicie – zauważyłam sceptycznie.

Cierpienie przerodziło się w złość, jednak matka przyniosła mi spokój. Emanowała pewnością siebie i siłą, których w sobie nie odnajdywałam. Ciepłem, w które mogłam się wtulić i poczuć się znowu bezpieczna.

– Bo miłość to coś więcej niż serduszka i ucieczki z domu – podsumowała. – Ale tego nauczysz się dużo, dużo później.

„Wschodni płomień” to powieść ukazująca miłość taką, jaka jest naprawdę — trudna, piękna i zdolna przetrwać wszystko.
Ewelina Nawara, My Fairy Book World

Daj rozgrzać się płomieniom, które dają drugą szansę na odnalezienie drogi do prawdziwej miłości.
Marta Daft, Marta wśród książek

Czas nie zawsze jest sprzymierzeńcem, podobno leczy rany, ale potrafi też ranić. Historia o dwójce różnych na każdej płaszczyźnie osobach niezwykle wzrusza i zaskakuje.
Magdalena Jarząbek, Czytam w pociągu

Historia tej dwójki bohaterów jest niezwykła, pokazuje nam, że prawdziwa miłość jest w stanie wszystko znieść, że nie liczy się co mówią inni, tylko to, co czujemy my sami.
Grażyna Wróbel, Czytaninka

 

Wschodni płomień - Patrycja Żurek