Sztuka zabijania - Gosia Lisińska

Sztuka zabijania
Gosia Lisińska

Przyjaciele z podwórka w warszawskiej Radości wierzyli, że przejdą przez życie ramię w ramię. I chociaż koleje losu ich rozdzieliły, przyjaźń sprawia, że kiedy jednemu z nich grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, chłopaki z Radości ponownie jednoczą siły.

Zbyszek podejmuje się ochrony córki miliardera. Nie podejrzewa jednak, że lukratywne zlecenie zmieni się w rozgrywkę z bezwzględnym zawodowym zabójcą. Zwłaszcza, że uczucia, jakie wzbudza w nim Ola, burzy chłodny profesjonalizm, bez którego może nie zdołać powstrzymać przeciwnika.

Simon z zabijania uczynił sztukę. W tym co robi, nie ma sobie równych. Zleceniodawcy cenią jego skuteczność i zaangażowanie. Nikt, włącznie z nim samym, nie przypuszcza, że nowe i pozornie proste zlecenie stanie się tak wielkim wyzwaniem.

Chłopaki z Radości stają do pojedynku z Simonem. Pojedynku, w którym stawką jest nie tylko życie Oli.

Czy uda się uratować Olę?

Informacje o książce

Rok I wydania: 2021
Format: 14.0×20.5 cm
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 272

druk ISBN 978-83-7995-490-2
epub ISBN 978-83-7995-491-9

Ceny sugerowane:
książka: 34,99 zł
ebook: 29,99 zł

 

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Fragment

Zaraz, cholera, wydepczę dziurę w tej pieprzonej podłodze. Pięć kroków do drzwi i z powrotem do ławeczki. I znów pięć kroków… Przeklęte pięć kroków, w których zamknąłem swój świat. Pięć pieprzonych kroków powtarzanych raz po raz. Mógłbym usiąść, ale nie potrafię. Nie potrafię siedzieć i czekać. Nie mogę. Nie żebym nie próbował. Kazali mi czekać, więc spróbowałem usiąść, spróbowałem się uspokoić…

Pięć kroków do zielonej ściany, pięć kroków do białych drzwi. Tam i z powrotem.

Chcę uderzyć w tę ścianę i tłuc w nią tak długo, aż się rozpadnie. Ona albo moje pięści. Nieważne, co pierwsze. Tłukłbym i tłukł, gdyby to mogło pomóc.

Kurwa, oddałbym życie. Powinienem był oddać.

Bo jeśli ona umrze…

Jeśli ona umrze…

Rozdział 1

Wysoki szpakowaty mężczyzna podszedł do okna i położył dłoń na framudze. Zachodzące słońce oświetlało jego profil, resztę ciała pozostawiając w cieniu. W jego postawie wciąż wyczuwało się pewność siebie, typową nie tyle dla dużych pieniędzy, ile dla władzy i tego, że przywykł do posłuszeństwa. Jednocześnie wydawał się zmęczony, jakby od dawna niewiele spał, a resztę czasu poświęcił zamartwianiu się. Stał lekko przygarbiony, ze ściągniętymi ramionami. Twarz znaczył kilkudniowy zarost i głębokie sińce pod oczami.

Przez chwilę wpatrywał się w widok za oknem, co cholernie denerwowało Nowaka. Ot, taki odruch, nad którym powinien się nauczyć panować, a jakoś nie potrafił.

– W moim zawodzie bardzo trudno o przyjaciół – odezwał się w końcu mężczyzna i spojrzał na Nowaka. – Ja nie jestem wyjątkiem. Mam ich bardzo niewielu, ale za to mogę na nich polegać. Kiedy zacząłem się rozglądać za… kimś, powiedzmy, z pańskiego środowiska, moi przyjaciele zapewnili mnie, że to właśnie pan, panie Zbyszku jest najlepszy, że w Polsce nie ma nikogo pewniejszego.

Zbyszek milczał, obserwując Jasiaka. Zanim usiadł przy małym stole w dwupokojowym apartamencie warszawskiego hotelu, przyjrzał się otoczeniu, a wcześniej, w korytarzu ocenił dwóch mężczyzn siedzących przy drzwiach. Nie byli zbyt dobrzy. Jeden przeglądał komórkę, drugi tępo wgapiał się w ścianę naprzeciwko. Żaden go nie sprawdził, kiedy się przedstawił. Nawet mu się nie przyjrzeli. Nie zaniepokoił ich fakt, że jego marynarka ma charakterystyczne wybrzuszenie…

Cóż, jeśli to byli specjaliści, on rzeczywiście mógł uchodzić za najlepszego.

– A ja potrzebuję najlepszego człowieka – kontynuował Jasiak niezniechęcony milczeniem gościa. – Dlatego zaprosiłem pana na to spotkanie.

Hubert Jasiak. Najbogatszy Polak, właściciel zapewne połowy jakiegoś pomniejszego stanu w USA albo trzech województw w kraju, zaprosił. Ha! Zbyszek prawie się uśmiechnął na wspomnienie telefonu, który wyrwał go ze snu poprzedniego popołudnia. Z pierwszego spokojnego snu od tygodnia. Dupek. Ale dupek, któremu się nie odmawia.

– Powiedziano mi również – Jasiak odsunął się od okna, co Zbyszek przyjął niemal z ulgą, a potem usiadł naprzeciwko gościa – że obecnie jest pan wolny, więc może się pan podjąć pracy dla mnie.

Zamilkł i czekał. Nowak też milczał. Myślał. Myślał tak od wczoraj, bo chociaż sekretarka Jasiaka dzwoniąc z żądaniem spotkania, nie powiedziała, w jakim celu jej szef go… zaprasza, to przecież wiadomo było, że nie na herbatkę i ciasteczka. Dlatego Zbyszek rozmyślał od wczoraj, czy tego chce. Czy po ledwie tygodniu przerwy jest znów gotowy zaryzykować dla kasy. Tak, żył w ten sposób od dziesięciu lat, ale ostatnio… Cholera, ostatnio był zmęczony.

Tym bardziej, że poprzednio… Zamknął oczy, a potem odetchnął głęboko i ponownie je otworzył. Jezu, nie był gotowy na te wspomnienia. Ledwie się z nich wygrzebał. Dopiero wczoraj udało mu się zasnąć na trzeźwo.

Z drugiej strony kasa za ostatni kontrakt wystarczy pewnie na kilka miesięcy, a z czegoś trzeba żyć. Z Jasiakiem może rzeczywiście uda mu się skończyć z tą robotą. Może wynegocjować niezły szmal, bo facet najwyraźniej jest potrzebujący. I to też był problem, bo potrzebujący miliarder oznaczał prawdziwe problemy.

Cholera: i tak źle i tak niedobrze.

– Panie Zbyszku? – Jasiak przerwał jego rozmyślania. Pozornie spokojny bębnił palcami o blat dzielącego ich stołu. Kiedy siedział tak blisko, Zbyszek mógł bez przeszkód obserwować twarz przyszłego zleceniodawcy. Miliarder dobiegał pięćdziesiątki, ale nie wyglądał na swój wiek. Miał regularne rysy twarzy, a lekko opalona skóra opinała wystające kości policzkowe. Zero typowych dla mężczyzn w średnim wieku nieco obwisłych policzków czy mocniejszych zmarszczek, żadnych worów pod oczami, niczego, co sugerowałoby nadmiar rozrywek, alkoholu czy narkotyków. Zdrowy, przystojny czterdziestolatek.

Ciekawe, czy to natura, czy zabiegi?

Rysy mężczyzny sprawiały wrażenie rozluźnienia, może nawet pewnej apatii, tylko oczy, stalowe i zimne, błądziły nieco nerwowo po twarzy rozmówcy, a zaciśnięte wargi tworzyły wąską kreskę. O tak, Hubert Jasiak się niepokoił, ale bardzo starał się to ukryć.

– Nie wiem, czy jestem najlepszy – powiedział w końcu bardzo cicho Nowak. – W moim fachu to dosyć względne pojęcie. Ale tak, większość moich… podopiecznych przeżyła, więc zapewne jestem niezły. I rzeczywiście właśnie zamknąłem zlecenie, więc jestem wolny. Jednakże było ono dość wymagające, dlatego zamierzałem odpocząć.

– Rozumiem. – Jasiak zmrużył oczy, ale nim to zrobił, jakiś niemal niedostrzegalny błysk, drgnienie powieki powiedziało Zbyszkowi, że mężczyzna wie, jak wyglądała jego poprzednia robota i w jaki sposób się skończyła. I mimo to chciał go zatrudnić. A może właśnie dlatego. Tak czy inaczej, ponownie powinien przemyśleć współpracę z Jasiakiem.

Miliarder pokiwał głową. Palce zawisły nad stołem, a potem miękko opadły na blat.

– Jestem w stanie wynagrodzić panu brak odpoczynku – zaproponował.

Brew Nowaka powędrowała do góry.

– Mam tego świadomość – oświadczył chłodno – ale w tym przypadku nie chodzi o pieniądze.

– Panie Zbyszku – uśmiechnął się krzywo mężczyzna – zawsze chodzi o pieniądze.

Zbyszek skrzywił się, bo chociaż były to słowa, które dość często sam powtarzał, to w ustach tego człowieka zabrzmiały jakoś tak wyjątkowo cynicznie.

– Zapłacę panu trzykrotność stawki, za jaką pracował pan dla Wegnerów – kontynuował beznamiętnie Jasiak, udając, że nie zauważył grymasu gościa. Nie odrywał przy tym od niego spojrzenia. Był biznesmenem, który w krótkim czasie zwielokrotnił samodzielnie zdobyty majątek. Wszystko, co miał, zawdzięczał nie tylko ciężkiej pracy, ale przede wszystkim umiejętnościom wyceny i współpracy. Zawsze sam dogrywał kontrakty, nawet teraz, gdy posiadał sztab doradców, wciąż do niego należały ostateczne decyzje, a przede wszystkim ważniejsze kontakty zawodowe. Był w tym świetny, bo negocjacje płynęły w jego ciele razem z krwią wartkim gorącym strumieniem.

Dlatego błyskawicznie zrozumiał, że kwota jest za mała. Stanowczo za mała. Zanim jednak zdołał ją podnieść, Nowak się odezwał:

– To raczej nie Wegner powiedział, ile mi zapłacił, prawda?

– Nie, nie on.

Młody mężczyzna pokiwał głową. Przez chwilę milczał, nie patrząc na gospodarza. Ciemnoczekoladowe oczy przemykały po elementach wystroju hotelowego pokoju. Apartament należał do Jasiaka. Kupił go, kiedy stawiano ten ekskluzywny hotel. Dokładnie tak: zanim jeszcze ukończono budowę i otwarto ten przybytek, najdroższy apartament już należał do Jasiaka. Miliarder zapewnił sobie idealne lokum w centrum Warszawy, z doskonałym widokiem na całe miasto. Nie bywał tu zbyt często, a i tak miesięcznie płacił za to miejsce więcej niż Wegner za usługę, która pozbawiła Zbyszka snu na kilka tygodni. Nowak też miał swoje sposoby, swoje kontakty i ludzi, którzy sprawdzali mu takie rzeczy. Dlatego wahał się, czy propozycja bardziej go irytowała, obrażała, czy bawiła.

– Skoro wie pan, za jaką stawkę pracowałem, wie pan zapewne, co należało do moich obowiązków i jak się z nich wywiązałem – kontynuował obojętnym tonem. – Wie pan, że nie podejmę się już pracy z dziećmi. Za żadne pieniądze. To nie podlega negocjacji.

– Moja córka ma dwadzieścia cztery lata.

– A syn dziesięć.

– Syn zostaje z żoną w Los Angeles. Nie spodziewam się go zobaczyć w Polsce. Jego osoba nie będzie częścią umowy. Tylko Ola. – Ponownie zaczął bębnić palcami po kremowym blacie, teraz już nie ukrywając emocji. – Niech pan zrozumie: kocham moją córkę. Jest dla mnie wszystkim. – Zauważył wyraz twarzy Zbyszka, więc skrzywił się, ale wytłumaczył: – Benny zawsze bardziej należał do mojej drugiej żony. Niewiele nas ze sobą łączy. – Podniósł się i podszedł do okna. – Cholera, on nawet woli tego dupka, z którym puszcza się jego matka. Zawsze go wolał, bo to aktorzyna z głupich filmów dla dzieciaków. Bohater Benny’ego! – Zerknął na Nowaka i zacisnął zęby. – To zresztą żadna tajemnica. Wszystkie gazety w kraju rozpisują się o moim rozwodzie. Pudelki, srelki, wszędzie tego pełno, więc pewnie pan wie, prawda?

– Wiem. – Przytaknął chłopak, ale nie dodał, że wie również, czego w gazetach nie było, że Jasiak też nie był bogobojnym mężem. Jego żona puszczała się z młodym gwiazdorem, a on w tym czasie dymał jakąś cycatą modelkę. Jakimś cudem nie wyciekło to do mediów, ale Nowak miał kontakty, a jego kontakty miały kontakty…

– Tak sądziłem. Cały świat się ze mnie śmieje, dlaczego w Polsce miało by być inaczej – westchnął miliarder. – Uznałem, że wrócę na stałe do kraju, a Ola postanowiła mi towarzyszyć. Jest nie tylko moją córką. Jest moją prawą ręką, a kiedyś – uśmiechnął się z dumą – przejmie mój majątek. – Wrócił do stołu, usiadł i pochylił się do gościa. – Potrzebuję najlepszego z najlepszych, żeby zapewnić jej ochronę.

– Nie woli pan kogoś ze Stanów? Mieliście tam ochronę.

– Mieliśmy – potaknął Jasiak. – I to niezłą. Ale to Amerykanie. Nie znają języka, obyczajów, kraju, w którym zamierzamy zostać. Potrzebujemy kogoś tutejszego. Potrzebujemy pana.

Nowak uśmiechnął się po raz pierwszy tego popołudnia.

– Wyjątkowa szczerość – zauważył, ale zaraz spoważniał. – W Warszawie są tysiące firm ochroniarskich, kilka naprawdę dobrych. Ja… – zawahał się – zajmuję się raczej nietypowymi sprawami. Nie wydaje mi się, żeby pan potrzebował akurat moich usług.

– Wiem, jakimi sprawami pan się zajmuje – oświadczył Jasiak. – Gdybym nie potrzebował kogoś z pańskimi umiejętnościami, nie zaproponowałbym panu pracy. Zawsze sprawdzam swoich współpracowników.

– Aha – krótko skomentował ochroniarz. – I zapewne wie pan też, że pracując dla pana, oczekuję bezwzględnej szczerości? Oczywiście w tematach dotyczących mojej pracy. Żadnych tajemnic, żadnych ukrytych motywów, półprawd czy niedomówień. I pełna niezależność w ramach moich obowiązków. Nie dyskutuje pan, nie podważa moich decyzji. Inaczej odejdę.

– Więc przyjmuje pan moją propozycję?

– Jeszcze żadnej pan nie złożył. Nie – Nowak podniósł rękę – nie musi pan powtarzać. Przyjąłem do wiadomości, że mnie pan potrzebuje. Co do kwoty, to ja ją podam. Pan niech mi powie, dlaczego to akurat moje usługi są panu potrzebne.

***

Deszcz uderzał w szyby z dziwną zajadłością. Jakby chciał je rozbić w drobny mak. Dźwięk był tak intensywny, że Simon podniósł głowę i spojrzał w stronę okien, czy to jednak nie grad. Wrócił do domu przed chwilą i nie schował samochodu do garażu, więc niepokój był uzasadniony. Duże krople uderzały w szkło, a potem spływały na parapet. W ciemności Simon widział w oknie swoje odbicie. Przyglądał się mu przez kilka sekund, kompletnie bezmyślnie, by w końcu skrzywić się niechętnie. Grad, cholera…! Zachowywał się jak nudny babsztyl w średnim wieku z przedmieścia jakiegoś zapyziałego małego miasteczka gdzieś na dalekim południu. Powinien jeszcze zacząć się martwić o róże w ogródku i byłby komplet. Ostatecznie kota już miał. Czarny jak noc Bomber spał w rogu kanapy i wydawał się obojętny na fakt, że pan w końcu wrócił.

Mężczyzna uśmiechnął się do zwierzaka, a potem włączył telewizor, wyjął piwo z lodówki i wyłożył się na kanapie tuż obok sierściucha. Przez jakiś czas oglądał durny sitcom odgrzewany dziesiąty raz, a potem westchnął i sięgnął po pilot. Przerzucał kanały bez większego zainteresowania, świadomy, że o piątej rano niczego ciekawego tam nie znajdzie. Stare seriale, kretyńskie reality show i inne równie bezsensowne programy. Pociągnął haust piwa i znów się skrzywił. Napój był ciepły i mdły. Cóż, Simon wyjechał na kilkanaście dni, może lodówka się zepsuła.

Kiedy odkładał butelkę na stolik, jego spojrzenie przyciągnął leżący tam laptop. Jak alkoholik na odwyku wpatrywał się w urządzenie z mieszaniną pożądania, przerażenia i obrzydzenia do samego siebie. Sekunda, a potem druga… Spiker w telewizji opowiadał, w jaki sposób wywabić plamę po czerwonym winie z jedwabiu i zachęcał do zakupu czyniącego cuda wywabiacza. Towarzysząca mu aktorka grająca kurę domową ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do nadmiernie upudrowanej twarzy zachwycała się nieszczerze jego umiejętnościami…

A Simon patrzył na komputer i zastanawiał się, co w nim znajdzie, kiedy go otworzy.

***

„Sztuka zabijania” to historia, która pokaże, że miłość może przyjść w najmniej spodziewanym momencie życia. Przygotujcie się na ogromną dawkę sensacji oraz bohaterów, których nic nie jest w stanie zatrzymać przed niebezpieczeństwem jakie na nich czyha. Od tej książki nie sposób się oderwać.
Grażyna Wróbel, Czytaninka

Małgorzata Lisińska nieustannie zaskakuje. Tym razem postanowiła dać czytelnikom coś zupełnie nowego. „Sztuka zabijania” nie tylko przyprawia o szybsze bicie serca, ale powoduje również chwile ze wstrzymanym oddechem w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Połączenie romansu z sensacją jest tym, czego szukam w książkach, a tutaj dostałam to pod najlepszą postacią. Polecam!
Magdalena Jarząbek, Czytam w pociągu

Porywająca, pełna intryg książka o zakazanym uczuciu, które nigdy nie powinno się przydarzyć… Każdy rozdział dostarcza tak wielu emocji! których czytelnik oczekuje. Czekam na więcej! Serdecznie polecam.
Sylwia Lewandowska, @sylwia_books

Sztuka zabijania