Agnieszka Zawadka
Raven i Jezioro Łabędzie

Raven uniosła brwi, wyrażając tym samym wszystkie emocje, jakie wyrazić tutaj należało.
– Czasami zastanawiam się, czy twoja głupota jest efektem bardziej wychowania czy może raczej natury – orzekła w końcu głosem spokojnym i zdystansowanym. – I za każdym razem te moje przemyślania prowadzą do jednego wniosku.
– Jakiego?
– Powinni cię zamknąć. W izolatce. W wieży. Albo najlepiej w piwnicy bardzo wysokiej wieży. Dla własnego dobra i mojego przy okazji – wycedziła w końcu nieco bardziej podenerwowanym tonem. – Oszalałeś zupełnie! Definitywna głupota spłynęła na twój umysł! I żeby tylko głupota…! Na wszystkie aspekty Daarath, tyś się najzwyczajniej w świecie upił!
Killian otworzył usta, by zaoponować. W końcu jakiś swój honor i dumę posiadał. Potem jednak rozmyślił się, zacisnął zęby i wzruszył ramionami.
– My się po prostu, moja droga siostrzyczko – oznajmił wesoło – mijamy intelektualnie. Ale to w niczym nie przeszkadza. W niczym zupełnie. Będziemy mieli dwa różnorakie spojrzenia na sprawę, a to przecież zaleta, nie wada.
Raven nie wytrzymała.
– Zaraz mnie szlag jasny trafi – oznajmiła złowieszczo. – I krew nagła zaleje!
– Tak, i zjawy siarczyste, ogniste – wyliczał Killian swobodnie. – A może to były Plagi?
– Nie ręczę za siebie.
Rai od dłuższego czasu stała naprzeciw własnego brata, który ogłosił fantastyczną rewelację. Sam fakt przełomowego zdarzenia nikogo wszakże zdumiewać nie powinien. Niewielka wioska ushajska, do której trafili na zlecenie jednego z możnowładców, emanowała śmiertelną wręcz nudą zabierającą resztki chęci do jakiegokolwiek działania. Wykonawszy swoją pracę, rodzeństwo powinno dawno wyruszyć w dalszą podróż, jednak lato i szalejące temperatury nie sprzyjały podejmowaniu rozsądnych decyzji. Toteż oboje postanowili odpocząć kilka dni w cieniu chat, których właściciele wyjątkowo sympatycznie podchodzili do gości.
Spokój nie trwał długo. Zgodnie ze słynnym powiedzeniem, że ze wschodem słońca wstają problemy, z samego ranka u progu chaty pojawił się Killian. Ze wspomnianymi wcześniej rewelacjami.
– Dlaczego od razu tutaj insynuujesz różne rzeczy? – Skrzyżował ramiona na piersiach. Mina niewiniątka mówiła jednak sama za siebie. – Niczego nie brałem i powtórzę, nic mi się nie przywidziało. Kilka mil dalej znajduje się jezioro. A na jeziorze pływa sobie…
– Tak, o tym też już, zdaje się, wspominałeś – zaznaczyła Raven sarkastycznie. – Po jeziorze pływa sobie gadający łabędź. A może słoneczko za mocno przygrzało…?
Killian mimowolnie podrapał się po krótkich, ostrzyżonych włosach, które swoją czernią drastycznie kontrastowały z jasnymi, sięgającymi ramion lokami jego siostry. Pozorne przeciwieństwa w tym wypadku stwarzały pewne nieporozumienia, jednak sposób mówienia i charakter rodzeństwa szybko wskazywały na wspólne korzenie.
– Przecież rano jeszcze tak nie grzało – zaoponował Killian, marszcząc brwi.
– Może to się później dopiero ujawnia?
Rai ponownie wzruszył ramionami, zrobił minę z serii ‘z tobą nie ma ani trochę zabawy’ i jak długi rzucił się na materac jednego z łóżek, nie oszczędzając przy tym spróchniałej konstrukcji mebla. Na całe szczęście drewno zachrobotało i zatrzeszczało tylko potwornie, po czym zaprzestało wydawania protestujących dźwięków.
– I co, tak po prostu się położysz?
– Tak.
– Myślałam, że teraz zaprowadzisz mnie do tego twojego gadającego łabędzia. – Raven zmarszczyła brwi, kręcąc jednocześnie głową.
Po raz kolejny wzruszył ramionami, co ze względu na pozycję ciała zostało nieco utrudnione.
– Po co? Całą energię, jaką miałem, zdołałaś ze mnie wyssać i wyrzucić. Zdeptać i opluć. Obrażam się – oznajmił ostentacyjnie. – A ty rób, co chcesz.
Raven prychnęła z niedowierzaniem, zatrzymała na własnym bracie wzrok, po czym przewróciła oczami i wyszła na zewnątrz, mając dość jego humorów.
Słońce od razu przechwyciło ją w swoją pułapkę. Nieznośny upał w cieniu dostosowanych do klimatu chat dało się przeżyć. Jednak na zewnątrz panowała nieugięta rzeźnia, która powodowała, że pot spływał z człowieka całymi kaskadami, wysychając, zanim zdołało się go otrzeć.
Mimo to Raven lubiła przebywać w Ushai. Przewiewna, lniana tunika nie opinała jej ciała tak bardzo jak gorsety i kaftany, które musiała wdziewać w północnych częściach Kontynentu, a wyeksponowane, nieosłonięte niczym nogi nikogo nie raziły i nikomu nie przeszkadzały. Jedynie na dworach możnowładców panowały cywilizowane zwyczaje, ale ushajskiej wiosce daleko było do cywilizacji.
Rai rozejrzała się dookoła, mrużąc oczy i dłońmi zasłaniając promienie. Przykryte skórami i bawełnianymi materiałami ganki świeciły pustkami, większość mieszkańców chowała się w swoich chatach lub pouciekała w dół pobliskiego strumienia, szukając w jaskiniach chwilowej ulgi i upragnionej ochłody. Nadszedł przecież najgorętszy z miesięcy, przez niektórych nazywanych Gorączką Bogów. Nikomu nawet nie zaświtała myśl o pracy.
W tej całej duchocie, pustce i ciszy Raven poczuła nagle, że nachodzi ją dobrze znane uczucie – chęć działania. Tak ogromna, że Rai zaskoczyła tym nie tylko siebie, ale i dobrze kamuflowane lenistwo, które zawsze rozkwitało w niej podczas podróży przez najcieplejsze części Kontynentu.
Powodowana własną impulsywnością i skrytą gdzieś w nieskończoności nieboskłonu gwiazdą Iriél, Raven machnęła na wszystko ręką, podniosła z ziemi słomiany, szeroki kapelusz i otrzepując go z kurzu, ruszyła w stronę wskazaną wcześniej przez Killiana.
Opuściła teren wioski, skręciła wokół wartkiego, kamienistego strumienia i wkroczyła na żwirową ścieżkę, która na całe szczęście chowała się wśród alei wysuszonych eukaliptusów, rzewni oraz akacji. Przebijające się z rzadka buki ushajskie tworzyły co kilkanaście kroków zacienione miejsca, wśród konarów przemykały niewielkie, małpiaste stworzenia, a na rozległych gałęziach przysiadały potwornie skrzeczące i hałasujące papugi. Idąc przed siebie, Raven starała się, jak mogła, ale nie potrafiła nigdzie dostrzec słynnego Phascolarctosa, którego miejscowi przezwali wdzięcznym i krótkim mianem koala. Przesądna w tych kwestiach Rai wierzyła w zapewnienia tubylców o szczęściu, które spotka każdego, kto dostrzeże enigmatyczne zwierze. Jednak oprócz kilku węży i kolorowych jaszczurek, w oczy nie rzuciło jej się nic godnego uwagi.
Zrezygnowana zaszurała twardymi sandałami o żarzące się czerwienią podłoże i bez zastanowienia wybrała jedną z wielu ścieżek, które wzdłuż i wszerz przecinały ushajski busz. Teren od razu zaczął się obniżać, prowadząc w dół jakiejś niewielkiej kotliny. Zupełnie nie przypominając sobie tego miejsca z opisów tubylców, Raven zaczęła iść dalej, coraz mniej uwagi poświęcając otoczeniu i coraz więcej patrząc pod nogi. Nie chciała przez nieuwagę natknąć się na jadowitego węża, skorpiona lub coś równie obrzydliwego.
Przypomniała sobie o Śnie – jej cudownym mieczu – który pozostał w chacie razem z Killianem. Wprawdzie Rai nie podejrzewała, że długa broń w jakikolwiek sposób miałaby jej pomóc – w końcu Plagi należały do ogromnej rzadkości, a bandytów w Ushai spotykało się zatrważająco niewielu – jednak brak znajomego ciężaru odrobinę wadził. I nawet rękojeść sztyletu wystająca zza pasa tuniki w niczym nie pomagała.
Raven zeskoczyła z zakurzonej półki skalnej, podtrzymała się jednego z chudych konarów i na drobnych, obsuwających się kamyczkach zjechała kilka cali w dół.
W tym samym momencie nieduża dolina odsłoniła przed nią zazdrośnie skrywany, doskonale zakamuflowany sekret. Wśród akacji i eukaliptusów wyrosło nagle jezioro. I to nie byle jakie jezioro. Bo zamiast olśniewać krystalicznie czystą tonią i śmiało kontrastować turkusowym zabarwieniem, woda w zbiorniku przybrała dość niespotykany kolor.
– Różowe – stwierdziła Raven na głos. – To jezioro jest różowe.
Nie zastanawiając się zbytnio nad sensem komentowania czegokolwiek na głos, ruszyła w dół zbocza, po chwili docierając do obsypanej solą niewielkiej plaży. Barwa nie zmieniła się nawet o jotę, bladoróżowy odcień pozostał, dowodząc, że Rai nie padła tutaj ofiarą wyjątkowo paskudnego złudzenia optycznego czy innej, równie złośliwej iluzji.
Powierzchnia pozostawała gładka i niezmącona nawet najmniejszym tchnieniem wiatru. Raven prawdopodobnie jeszcze długo stałaby bez słowa i z oszołomieniem wpatrywała w kolorystyczną fantazję przyrody, gdyby nie trzepot skrzydeł. Donośny i jednostajny furkot sprowadził jej wzrok na inny, równie fascynujący widok.
Na tafli jeziora przysiadł ptak. Biały, duży, dostojny. Łabędź o najbielszych i najczystszych piórach, jakie Rai dotąd widziała. Doskonałe, królewskie stworzenie, które nawet poprawiając swoje upierzenie, zdawało się imitować gesty największych włodarzy Kontynentu.
– I na co tak patrzysz? – zapytał nagle ptak tonem wyjątkowo nieestetycznym. Nastawiona na przyjemny odbiór Raven skrzywiła się mimowolnie. – Łabędzia nigdy nie widziałaś?
– Ty… – Rai nagle zrezygnowała z rezolutnego stwierdzenia: ‘ty mówisz!’, wybierając coś równie inteligentnego. – Twoje jezioro jest różowe.
Gdyby łabędź mógł wzruszyć ramionami, najprawdopodobniej właśnie to w tym momencie by uczynił. Na całe szczęście nie mógł, więc po prostu przekrzywił swój biały łebek i lekko otworzył pomarańczowy dziób.
– Ano jest. Bo to jest Jezioro Łabędzie.
– Jakie…?
Ptak wyraźnie się zniecierpliwił.
– No jakie, jakie – burknął. – Kacze. Widzisz tu jakieś kaczki?
Raven zbaraniała doszczętnie.
– Nie…
– No właśnie. A teraz szybka decyzja – zarządził ptak, z lekką podejrzliwością spoglądając na włosy Rai. – Wolisz lampę czy księcia zamienionego w żabę?
Raven niejednokrotnie walczyła ze zjawami z innych wymiarów, eliminowała Plagi, odwiedzała najdziwniejsze kraje od Raavi po Kahhari, a nawet przeżyła trening na Wyspach Zamkniętych. A jednak czegoś takiego w spokoju przetrawić nie potrafiła.
– Ja… Ja nie wiem, o czym ty…
– Ale co w tym jest trudnego? – napuszył się łabędź. – Lampa czy żabi książę? Trzy razy powtarzać nie będę.
Oburzony ton ptaka jeszcze bardziej namącił Raven w głowie.
– Lampa – palnęła bez namysłu, prawie wcale nie zastanawiając się nad konsekwencjami takiej decyzji.
Mogłaby przysiąc, że łabędź uśmiechnął się złośliwie, po czym zaskrzeczał w swój ptasi, charakterystyczny sposób i wzbił się do lotu, wzniecając tym samym na tafli jeziora niewielkie, pomarszczone fale.
Rai długo przypatrywała się odlatującemu ptakowi. W końcu sylwetka królewskiego zwierzęcia zniknęła za zasłoną koron lasu otaczającego zbiornik, na bardzo długi moment pozostawiając dziewczynę w stanie ogromnej konsternacji. Raven z niedowierzaniem pokręciła głową, mruknęła pod nosem coś o słońcu i Killianie, po czym zrobiła jeden krok do tyłu.
A przynajmniej to miała w zamiarze. Jej noga trafiła na coś twardego, prawie pozbawiając Raven równowagi. Wojowniczka w ostatnim momencie odskoczyła na bok, jednocześnie podejrzliwie łypiąc na główny przedmiot tego całego zamieszania.
Na ziarnkach soli, które otaczały różowe jezioro, leżała złota, niezwykle zdobna lampa oliwna. Kaganek w kształcie miseczki z uchwytem i charakterystycznym dzióbkiem zdawał się zdumiewająco znajomy, Raven miała wrażenie, że gdzieś w zakątku pamięci odzywa się stara legenda. Podejrzliwie rozejrzała się dookoła, ale panująca nad jeziorem cisza i spokój wykluczały ewentualnych świadków tego dość nietypowego zdarzenia. Wzruszyła ramionami i schyliła się po lampę, jednocześnie strzepując z niej ziarnka soli.
W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy, które zdarzyć się nie miały prawa. Z otworu kaganka wydostała się wąska wstążka pary wodnej. Gaz wił się w powietrzu dłużą chwilę, by w końcu zacząć formować określony kształt. Nie minęła minuta, gdy na ziemi przed Raven ukazała się postać siwowłosego starca o śniadej, pomarszczonej twarzy, w niepokojących, ciemnych okularach, które całkowicie zasłaniały jego oczy. Długa, workowata tunika opadała na skrzyżowane nogi układające się w przykładny siad kontemplacyjny.
Rai mrugnęła dwa razy. Ale nawet to nie pomogło. Mimo przemarzającej pustki, która echem odbijała się w jej umyśle, w końcu zdołała przypomnieć sobie, skąd właściwie kojarzył jej się widok lampy.
– Jesteś dżinem? – zapytała, nawiązując do starożytnej, kahharyjskiej bajki, którą usłyszała kiedyś wśród pustynnych piasków.
Starzec ze spokojem pokiwał głową. Jakimś sposobem wydawał się o wiele dziwniejszy od gadającego łabędzia.
– Wybrałaś lampę – stwierdził w końcu dżin. – Jak się nazywasz?
– Raven – odparła uprzejmie dziewczyna. O zasadach ostrożności dawno zdążyła zapomnieć. W tym momencie jej decyzjami rządziły impulsy. A te bywały nieprzewidywalne.
– No więc, Raven, masz pecha – stwierdził starzec, strzepując z ramienia olbrzymią, czarną muchę.
O żadnych rewelacjach mowy tu nie było. Rai od bardzo dawna wiedziała, że to jej osobista gwiazda dostarczała jej wszelakich rozrywek, mniej i bardziej przyjemnych. Mimo to poczuła się odrobinę zaintrygowana.
– Bo?
– Bo mogłaś wybrać żabiego księcia – odparł cierpliwie. – Pocałowałabyś płaza, pokonała klątwę i razem z księciem wyruszyła do jego ziem w Sirzai, gdzie żylibyście długo i szczęśliwie. Ale wybrałaś lampę. A lampa oznacza pecha – podsumował z prostotą.
Rai zmarszczyła brwi, starając się nie wnikać w niektóre szczegóły.
– Zaraz, moment. Nie miałeś przypadkiem spełnić mojego życzenia? Co to ma wspólnego z pechem? – zarzuciła z lekkim oburzeniem. Miała pewność, że bajka przedstawiała sprawę właśnie tak.
Dżin uśmiechnął się niedbale.
– Pomyliły ci się mity, kochana. To ty spełnisz moje polecenie. Lampa jest przekleństwem dla znalazcy, nie szczęśliwym trafem czy inną bzdurą.
Słowa starca brzmiały wyjątkowo poważnie. Ale Raven nadal nie czuła się przekonana.
– A jak nie wykonam tego polecenia? Bo przykładowo nie mam ochoty?
Wzruszył ramionami.
– Wtedy zajmiesz moje miejsce – wyjaśnił kulturalnie. – A ja będę wolny.
Albo wszystkie kahharysjkie podania kłamały, albo Raven trafiła na wyjątkowo nieśmieszonego dżina. Postanowiła jednak grać w tę grę. Najwyraźniej Jezioro Łabędzie rządziło się własnymi prawami.
– To jest bez sensu – oznajmiła spokojnie.
– Jak wiele rzeczy na tym świecie – przyznał. – Ja to samo powiedziałem mojemu poprzednikowi. Wyśmiał mnie, a ja wyśmiałem jego. A teraz, uwierz mi, wcale nie jest mi do śmiechu. Lampa to wyjątkowo niemiłe miejsce do zamieszkania. – Na częściowo skrytej twarzy dżina pojawił się cień cierpienia. Cierpienia, które skryło się tam już tak dawno temu, że praktycznie wrosło w maskę obojętności.
Rai również daleko było do szampańskiego humoru. Znała swojego pecha, ale to już zakrawało na lekką przesadę.
– No dobra, a te twoje polecenie? Na czym polega? – Poddała się, wewnętrznie machając ręką. W gruncie rzeczy miała pewność, że to zwykły udar lub Killian zaraził ją jakąś chorobą.
Dżin podrapał się po podbródku.
– Coś szybko oswoiłaś się z tą sytuacją. Wiesz, że ja nie żartuję?
– Tak, jesteś śmiertelnie poważny. Ale po gadającym łabędziu jest mi już wszystko jedno – wyznała otwarcie. – Do zleceń samych w sobie jestem przyzwyczajona. No więc?
Starzec z namysłem pokiwał głową, a potem skrzywił się prawie niezauważalnie.
– Pójdziesz w tamtą stronę – kiwnął głową gdzieś na zachód – i wybierzesz jedną ze ścieżek, które prowadzą na pobliskie wzgórze. To na nim właśnie znajdziesz swój cel.
– Czyli? – Brwi Raven powędrowały ku górze.
– Czyli starą posiadłość Lemagraga – odparł dżin nieco zniecierpliwionym tonem. – To przez te jego odpady i kanalizację Jezioro Łabędzie zostało zanieczyszczone. – Z niesmakiem zmarszczył nos. Raven mimowolnie spojrzała w stronę różowego zbiornika wodnego.
– I co mam z nim niby zrobić?
Dżin poprawił swoje okulary.
– Zabić – wyjaśnił z prostotą. – Albo zabijesz Lemagraga, albo zastąpisz mnie i trafisz do tej przeklętej lampy. Twój wybór.
Po tych słowach starzec zniknął. Para wodna ponownie zawirowała w powietrzu i skryła się do wnętrza lampy, którą Raven z premedytacją zrzuciła na solną plażę.
Mimowolnie zerknęła w stronę, którą wcześniej wskazał dżin. Nie czuła palącej potrzeby, by wykonywać to całe polecenie. W dalszym ciągu była przekonana, że to wszystko należało do jakiejś niewyobrażalnie głupiej farsy jej własnego umysłu. Jezioro Łabędzie? Przecież nigdy o niczym takim nie słyszała, a znała zaskakująco dużo ludowych bajań i innych bzdetów, które opowiadało się dzieciom na dobranoc. Poczucie nierzeczywistości zaburzało jedynie palące słońce doprowadzające do powstawania jak najbardziej autentycznego potu na jej karku. Cykady i inne robactwo również odgrywało swój koncert wyjątkowo głośno i naturalnie, jakby dla zaprzeczenia wnioskom Rai.
Przez nieznośny upał Raven stosunkowo szybko podjęła decyzję. Nie miała ochoty się tu usmażyć, a najwidoczniej wciąż doskwierał jej brak wrażeń, ponieważ najzwyczajniej w świecie obrała ścieżkę wspomnianą wcześniej przez dżina.
Wspinaczka na niewielkie wzgórze na całe szczęście została ułatwiona przez niestrome podejście i rosnące wszędzie rozłożyste eukaliptusy, wśród których przemykały kolorowe stworzenia. Wszechobecny żwir i pył dawno wybrudził sandały Rai, toteż ta nie zwracała na to już dłużej uwagi. Sapiąc lekko i ocierając co chwila pot z czoła, zdołała w końcu pokonać wysokość i dotrzeć do celu. A po prawdzie do domu, w którym owy cel mieszkał.
Stara posiadłość Lemagraga prezentowała się wyjątkowo obskurnie, najwyraźniej adekwatnie do swojego wieku. Wypłowiałe od zabójczego słońca deski odchodziły w wielu miejscach, karłowata wieżyczka przechyliła się niebezpiecznie w bok, a z okien wyzierała niepokojąca pustka. Nawet estetyczna brama i wrażenie, że kiedyś to wszystko wyglądało naprawdę szlachetnie, nie potrafiły uratować obecnego widoku.
Raven westchnęła, skrzywiła się z dezaprobatą. I ruszyła przez zaniedbany ogród, docierając w końcu na ganek, wprost przed zapyziałe, dwuskrzydłowe drzwi. Kołatka w kształcie głowy kota wyglądała wyjątkowo nieprzekonująco, toteż Rai od razu zrezygnowała z planu uprzejmego zapukania. Bezceremonialnie wkroczyła do środka, czując, jak jej nozdrza wypełniają się wszechobecnym kurzem.
Wnętrze posiadłości nie różniło się drastycznie od widoku z zewnątrz. Tutaj czas również zdążył wyrządzić znaczne szkody, zrzucając ze ścian obrazy, zrywając z okien firany i wpuszczając całą masę niechcianego robactwa.
Raven wzdrygnęła się, przechodząc obok niepokojąco dużej pajęczyny. Sięgnęła po schowany za pasem nóż, po raz pierwszy czując to, czego brakowało jej od dawna – adrenalinę.
– Czy jesteś tu może z ramienia alchemików? – Charkliwy głos prawie wystraszył dziewczynę. Prawie. Rai prędko odwróciła się w stronę niskiego jegomościa o złamanym, stanowczo zbyt długim nosie. Mężczyzna o częściowej łysinie, z której na boki wyrastała kępka czarnych kłaków, zmarszczył krzaczaste brwi, widząc skierowany w swoją stronę nóż. – Ach, czyli nie jesteś z ramienia alchemików. Czekam na darmozjadów już trzeci miesiąc. W końcu dokonałem przełomowego odkrycia, a te stare pryki nawet nie chcą wysłać tu swojego ambasadora! – dokończył z gniewem.
– Jakiego odkrycia? – zainteresowała się Raven mimowolnie.
Na twarzy mężczyzny zakwitł niebezpieczny uśmiech.
– Chodź, pokażę ci.
Rai nie zastanawiała się długo. Wzruszyła ramionami i z przygotowanym do działania ostrzem ruszyła za Lemagragiem do sąsiedniego pokoju.
– Oto i jest! – zawołał, ustawiając się przy rzędzie niewielkich klatek. – W końcu zdołałem złapać je wszystkie. Po tylu latach!
Raven otworzyła szeroko oczy i ze zdziwienia rozdziawiła buzię. Miała ochotę uderzyć się w twarz i uszczypnąć w kilku wyjątkowo bolesnych miejscach. Gadający łabędź, dżin w okularach i częściowo wyłysiały ekscentryk, a teraz przyszła kolej na niewielkie istoty humanoidalne w białych czapeczkach. Jakby tego było mało, wszystkie były różowe.
– Jesteś tutaj przez ptaszora, tak? – Lemagrag zmrużył oczy. – Od wieków próbuje się mnie pozbyć. To pewnie przez te wszystkie zanieczyszczenia…
– Od wieków? – Do głosu Rai wkradł się niepokój.
– Tak, od wieków. – Przytaknął. – Dzięki tym małym darmozjadom przedłużam sobie życie. Wyglądam już tak pięknie i młodo od niemała trzystu lat! Ale teraz złapałem w końcu całą wioskę, wyobrażasz sobie, ile to będzie wigoru?
Raven miała pewne wątpliwości co do owej młodości i piękności, ale zachowała je dla siebie. Mimowolnie poczuła żal z powodu niezdolnych do obrony stworzonek, które ginęły przez tego oszalałego dziwaka. W tym samym momencie do głosu dobrała się złość. A jej nigdy nie potrafiła dobrze kontrolować.
– Nie przyjedzie tu już żaden alchemik – zaczęła złowróżbnym tonem. – A ty nie będziesz sobie robił kremu odmładzającego z niewinnych stworzeń. Wypuścisz je i wyniesiesz się z tego miejsca.
Lemagrag zaśmiał się otwarcie, słysząc te słowa.
– Ostatni śmiałek, który zdołał tu dotrzeć, również tak mówił. A potem skończył w moim rosole – przyznał z dumą.
Raven uśmiechnęła się z wyższością.
– Ostatni śmiałek nie był Rai.
Mężczyzna drgnął, marszcząc brwi. Jego ręka śmignęła po coś leżącego na pobliskim stole, między klatkami. Raven, widząc ten ruch, prędko rzuciła się do przodu, z odpowiednio ustawionym ostrzem.
Lemagrag odskoczył w ostatnim momencie. Cisnął w stronę Rai żółtym proszkiem i korzystając z jej rozkojarzenia, rzucił się do ucieczki, niknąc gdzieś na korytarzu swojej posiadłości. Dziewczyna próbowała uniknąć podejrzanego pyłu, ale substancja szybko dostała się do jej oczu, ust i nosa. Raven zakaszlała, cofnęła się do tyłu i zmełła przekleństwo. Nie miała pojęcia, czym był tajemniczy proszek, ale teraz to nie miało większego znaczenia. Nie zwlekając już dłużej, ruszyła w pogoń za ekscentrycznym trzystulatkiem.
Prowadziły ją odgłosy skrzypiących desek i wyjątkowo nieestetyczne wiązki, które Lemagrag co chwila wykrzykiwał pod adresem łabędzia oraz dżina, przezywając ich od ‘szajki zramolałych ekologów’. Raven miała wrażenie, że pokonała nieskończoną ilość korytarzy, schodów, półpięter i rozwalonych, obskurnych komnat, nim w końcu dogoniła sprawcę całego zamieszania.
Lemagrag z łoskotem runął na ziemię, gdy Rai bez skrupułów rzuciła się na jego postać. Próbował kopać, krzyczeć i czołgać się w stronę niedalekich drzwi, ale Raven skutecznie udaremniła jego wysiłki. Bez większych problemów podniosła jego wątłą sylwetkę i chwytając za materiał wypłowiałej tuniki, cisnęła nim o pobliską ścianę. Nim mężczyzna zdążył zareagować, przystawiła mu ostrze do gardła.
– Przegrałeś – zauważyła z satysfakcją.
Na twarzy Lemagraga zakwitł szyderczy uśmiech.
– Czy aby na pewno? – zapytał sarkastycznie. – Dzięki wywarowi z różowych potworków nie tylko jestem wiecznie młody i piękny, ale też widzę rzeczy. Widzę rzeczy, o którym nie śniło się najwspanialszym czarownicom.
– Mam to gdzieś – odwarknęła Rai.
– Widzę cienie, które spowijają twoją postać – kontynuował Lemagrag, nie zwracając na nią uwagi. W jego chytrych oczach pojawiła się iskry uciechy. – Lepiej z nimi nie pogrywaj. To się dla ciebie dobrze nie skończy.
Raven poczuła, jak jej serce przyśpiesza nienaturalnie. Zachwiała się lekko, jednocześnie tracąc oddech i pole widzenia. Obraz uśmiechniętego mężczyzny zafalował jej niebezpiecznie przed oczami, cała energia i siła z nóg gdzieś uciekła.
– Coś ty mi… – wyszeptała z trudem, cofając kilkanaście kroków się od dziwaka. I nagle przypomniała sobie o proszku. Trucizna!, krzyczało całe jej ciało. – Co to było?
Lemagrag zaśmiał się z autentycznym rozbawieniem.
– Twoje przeznaczenie.
Nie mogła znieść tego złośliwego uśmieszku. Nie mogła znieść myśli, że przegrała. Nienawidziła przegrywać.
Raven warknęła, przemogła słabość i z determinacją cisnęła sztyletem w stronę Lemagraga. Ostrze wbiło się w zniszczoną boazerię, tuż obok głowy truciciela, który zachichotał i z politowaniem spojrzał na Rai. Wyszarpał nóż z podniszczonych desek, po czym powiedział coś, czego dziewczyna nie potrafiła zrozumieć.
Poleciała kilka kroków w bok, nadaremno spróbowała odzyskać równowagę i jak długa runęła na spróchniałą podłogę. Przed oczami zatańczyła jej ciemność. A potem mrok ogarnął cały świat.


*

Raven gwałtownie nabrała powietrza, jednocześnie macając rękami posłanie, na którym leżała. Szorstka, stosunkowo miękka powierzchnia w niczym nie przypominała przeżartych przez korniki desek w posiadłości Lemagraga. Zapach również różnił się od tej zakurzonej stęchlizny.
– No, nareszcie wstałaś.
Głos Killiana przebił się przez zasłonę nieprzytomności. Raven w końcu otworzyła oczy, ze zdumieniem patrząc na swojego brata.
– Jakim cudem… – zaczęła z trudem – jakim cudem znalazłeś mnie w domu Lemagraga? – wykrztusiła w końcu.
Zmarszczone brwi Killiana mówiły o wszystkim.
– Jakiego… – zawahał się – Lemagraga?
– Tego, co zbierał różowych ludków na krem odmładzający – wyjaśniła Raven z powagą. – Trafiłam tam przez dżina i gadającego łabędzia. Tego, który pływał na różowym jeziorku.
Killan zmartwił się nie na żarty. Przysunął sobie drewniany zydel i usiadł tuż obok.
– Raven, nie wiem, jak ci to wyjaśnić, ale wczorajszy wieczór… cóż, wczorajszy wieczór nie zaczął się dobrze. I chyba też nie skończył. Przynajmniej dla ciebie – dodał po namyśle. – Wzięłaś trochę ziela ushajskiego i tak trochę… tak jakby… odpłynęłaś – dokończył dyplomatycznie.
Oczy Raven rozszerzyły się ze zdumienia.
– Wzięłam co?
– Miejscowi mówią na to Svanlake – wyjaśnił Killian uprzejmie. – Na zewnątrz panował taki skwar, że chyba było ci wszystko jedno. Wzięłaś to, a potem…
– Nie kończ – poprosiła Raven, zrzucając z siebie lekki materiał i stawiając stopy na glinianej podłodze chaty. – Muszę się ubrać, trafić do strumienia i… O rany, wiesz, jak bardzo chce mi się pić?
Killian wstał i zachichotał pod nosem. Kręcąc głową, ruszył do wyjścia.
– Gadający Łabędź – parsknął. – Twoja wyobraźnia nie zna granic, siostrzyczko.
Raven próbowała rzucić w niego poduszką, ale Killian prędko wyniósł się na zewnątrz. Rai pokręciła głową, przetarła oczy i wstała ze stanowczym zamiarem doprowadzenia się do porządku. Wciągnęła na siebie luźną tunikę, poprawiła rozczochrane włosy i zamarła, spoglądając na skórzany pasek, który opinał ubranie w pasie.
Zmarszczyła brwi i dwukrotnie przeszukała całą chatę, ale po zgubie nie było śladów.
– Nie ma – szepnęła z niepokojem. – Zniknął.
Jeszcze raz potrząsnęła niewielką pochwą. Zdobnego noża nie było. A przecież ostatnio widziała go w dłogniach Lemegraga…
– Idziesz? – zawołał Killian ponaglająco.
– Tak, tak – odkrzyknęła, zawiązując pas. – Trzeba było wybrać żabiego księcia… – mruknęła pod nosem z dezaprobatą.

KONIEC

Raven i Jezioro Łabędzie
Copyright © Agnieszka Zawadka
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.