Przymierze wątpiących - Maria Zdybska
Wybrzeże Snów - Maria Zdybska

Maria Zdybska
Pochodzi z magicznego świętokrzyskiego, mieszka w zaczarowanym Krakowie, ale w jej żyłach zamiast krwi płynie morska woda. Jedną z jej największych pasji poza pisaniem są podróże, im dalej na północ tym lepiej, zwłaszcza, że jest przekonana, że zjawisko zorzy polarnej jest niezbitym dowodem na istnienie magii.

Pisze fantastykę inspirowaną wiedzą o mitologicznych symbolach i wzajemnym przenikaniu się motywów wspólnych dla różnych kultur. Fascynuje ją zwłaszcza trwałość i tożsamość motywów w różnych kontekstach kulturowych oraz wszystko to co wiąże się z granicami i liminalnością, tym co „pomiędzy”, „obok” i „na rubieżach”.

W 2017 r. debiutowała powieścią fantasy Wyspa Mgieł otwierającą trylogię Krucze serce. Publikowała też w Świcie Ebooków (Oddech słońca) i w Fantazmatach, tom 2. (Iskra z Edry). Stawiając sobie poprzeczkę coraz wyżej, pisze również po angielsku.

Przymierze wątpiących
Maria Zdybska

Dla wszystkich moich czytelników o kruczym sercu.

– Nie powinno cię tu być.

Głos był miękki, ale nieustępliwy, rozkazujący. Dobiegał z oddali tłumionej niezmierzoną głębiną, falującą w rytmie oddechu mieszkającej w niej mrocznej istoty.

– Złamałeś mój zakaz.

Nie do wiary, że choć przemawiała tak łagodnie, jej ton ocierał się o śmiertelną groźbę, jak kot mruczący z rozkoszy, który w tajemnicy szykuje się do ataku. Jej twarz… migotliwy obraz wdzierał się wprost pod zaciśnięte powieki. Był pewien, że ją rozpoznaje, chociaż zupełnie nie pamiętał skąd. Imię, tak znajome,mógłby przysiąc, że powtarzał je dziesiątki, setki razy, szepcząc i jęcząc, teraz umykało mu w zakamarkach zamglonych wspomnień, jak zapomniany nad ranem sen.

Długie, czarne pukle, falowały miarowo z każdym uderzeniem fali, dziwne, nieco zbyt duże oczy w kolorze morza patrzyły tak przenikliwie, jakby mogły rozerwać jego duszę na strzępy, a potem spalić na popiół to, co z niej zostało. Piękna i bezlitosna. Przedwieczna i ulotna, jak pierwszy oddech wiosny na skutej lodem ziemi. Ogień tańczący na jego skamieniałym sercu.

Był zniewolony miękkim aksamitem jej słów, uwiedziony łagodnym drżeniem fal, reagujących na jej niezaprzeczalną moc i niewypowiedzianym smutkiem ukrytym głęboko, głęboko pod rozszalałą dzikim sztormem powierzchnią. Uświadomił sobie nagle ze zdziwieniem, że mógłby dryfować w tym dziwnym zawieszeniu całą wieczność, nie czując niczego więcej, wsłuchując się w tęskne wołanie przemawiające prosto do jego roztrzaskanego serca. Może wtedy mógłby zapomnieć o tym, co zrobił, może mógłby wreszcie przestać oddychać i nie czuć zupełnie nic.

– Będziesz cierpiał.

Ton niepostrzeżenie nabrał ostrzejszego brzmienia. Zimna, złowieszcza obietnica złożona przez istotę nieznającą ograniczeń czasu. Wykrzywił usta w cynicznym półuśmiechu, chłonąc jej skupione, okrutne oblicze. Piękna bogini w szacie koloru indygo, o koronie z kruczych piór i naszyjniku z morskich muszli. Miał ochotę ją przekląć.

– Dopóki nie znajdziesz właściwego użytku dla swojej magii.

Poczuł dotyk. Bezcielesny, ale stokroć prawdziwszy niż wszystko, czego doświadczył kiedykolwiek w swoim długim życiu. Intymny, choć okrutny. Oślepiający ból natychmiast zalał go niepowstrzymaną falą, powtarzającą się raz po raz narastającymi uderzeniami. Coś rozszarpywało go od wewnątrz, cięło, gryzło, kroiło jego jestestwo na nierówne strzępy, natarczywie kopiąc, szukając czegoś, co tak pieczołowicie ukrywał głęboko w swoim wnętrzu. Cierpienie było w końcu wszystkim, co czuł. Uczucie rozrywania, rozciągania pozbawiło go rozsądku, aż w końcu decydujący cios, zatopił się w samym środku kawałka lodu, który kiedyś, dawno temu mógł być jego sercem. Nagromadzona moc eksplodowała, dezintegrując go na tysiące krwawiących fragmentów. Pochłonęła go ciemność.

Znalazł się w mrocznych trzewiach wrzącego sztormem oceanu, bez oddechu, bez siły, bez duszy i bez choćby najwątlejszej iskry nadziei.

– Zaria… – Słaby szept okupiony był bólem popękanych warg. Imię zabrzmiało jak przekleństwo i zapiekło wdzierającą się w świeże rany solą. – Na wszystkie kręgi Otchłani – jęknął, usiłując wstać. Szalejąca burza zawisła nad majaczącą niewyraźnie kopułą samotnej wyspy.Kolejne kręgi wirujących płynnym ołowiem chmur, rosnącymi kręgami oddalały się od jej centrum. Ślady po uderzeniu jego magii, oczywiste dowody na złamanie Kodeksu. Jasne włosy, mokre od morskiej wody i deszczu, uparcie wpadały mu do oczu. Zamrugał, z niedowierzaniem wpatrując się w szalejące bałwany i naraz zalała go fala poszatkowanych wspomnień, wizji z niedawnej walki, teraz przypominających koszmarny sen. 

Uniósł się na łokciach i z trudem usiadł na wychłodzonym deszczem piasku. Powietrze nasycone burzowym ozonem i magią opalizowało delikatnie przy kolejnych uderzeniach wiatru. Huk morza i jęki szkwałów przeplatały się z ponurym gardłowym nawoływaniem jakiegoś wyjątkowo hałaśliwego kruka. Bladoniebieskie żyłki mocy materializowały się jak ogromna, widmowa pajęczyna za każdym razem, gdy odległe błyski rozświetlały ponure niebo. Ten widok byłby doprawdy imponujący, gdyby nie fakt, że…

Krew. Tyle krwi. Purpura i indygo, krzyki ze strachu i bólu, wołanie błagalne i wrogie, gniew i przerażenie, modlitwa i przekleństwo. I w końcu ból, najpierw rozszarpanego na strzępy serca, potem duszy, z której niewidzialne boskie szpony wyrwały boską iskrę nieśmiertelności. Nadal to czuł, ten… brak. Pustkę i tęsknotę po czymś, czego nie potrafił dotąd zdefiniować. Cierpienie, choć nadal wstrząsało całym jego ciałem, przenikało głębiej niż tkanki, krążyło w żyłach szybciej od krwi, przenikając każdy skrawek jego jestestwa, materię ciała i tkaninę ducha.

Raiden skupił spojrzenie na przeklętej Wyspie Mgieł i zaniósł się pustym, gorzkim śmiechem. Cóż za ironia losu, w końcu dostał to, na co sobie zasłużył.

– Idiota! Skończony idiota! – Niski męski głos zadudnił tak natrętnie blisko, że nie sposób było go zignorować. Raiden niechętnie otworzył oczy, po czym jeszcze bardziej niechętnie uzmysłowił sobie, że nadal leżał na wychłodzonej wieczorną bryzą plaży, zmęczony, zziębnięty i wyzuty z wszelkiej nadziei. Pokonany.

– Kayo… – mruknął, nie siląc się nawet na udawane zdziwienie. W końcu i tak oczekiwał pojawienia się maga. – Mój umiłowany nauczyciel – wykrzywił twarz w parodii uśmiechu, tylko po to, żeby go jeszcze mocniej zdenerwować.

– Zawsze lubiłeś robić wokół siebie dużo zamieszania, chłopcze, ale tym razem to zamieszanie dotrze aż do Kręgu i nie przysporzy ci chwały. Zbieraj się – warknął klęczący nad nim potężny mężczyzna i szturchnął go w ramię. Jego niezmiennie zacięta twarz, teraz robiła wrażenie wykutej z granitu, pogrzebowej maski groźnego wojownika, a różnokolorowe oczy płonęły buzującą wściekłością. – Musimy tam dotrzeć, zanim kogoś za nami poślą – dodał, wpatrując się z niepokojem w chmury nad horyzontem.

Raiden rozmyślnie nie spieszył się, wstając. Nigdy nie wypełniał zbyt ochoczo poleceń swojego mistrza, tym razem nie zamierzał też jednak okazywać jak bardzo jest słaby po karze wymierzonej mu przez Zarię.

– Doprawdy wielka szkoda, że nie posłali kogoś na Wyspę Mgieł jeszcze zanim doszło do rzezi – zauważył cynicznym półgłosem, z trudem utrzymując równowagę na grząskim piasku. – Nie sądzisz, że to interesujące jak szybko Krąg potrafi działać, gdy wywęszy rzekome naruszenia Kodeksu, a jak ślepy jest na wszelkie inne tragedie?

Turkus i malachit oczu Kayo zapłonął na nowo gniewem. Trudno było mierzyć się z nim wzrokiem, trudno było wytrzymać aurę prastarej mocy emanującej od niego potężnym, paraliżującym strumieniem.

– I właśnie to pytanie zamierzasz zadać Kręgowi? – prychnął mag, obrzucając krnąbrnego ucznia najszczerszą pogardą. – Sugerowałbym, żebyś przemyślał swoją linię obrony. Twoje przewinienia są poważne, chłopcze. Nie wiem, czy tym razem uda mi się znów cię wybronić.

– Tym razem chodziło o życie mojej siostry – zaprotestował zjadliwie Raiden, ale nawet w jego uszach te słowa zabrzmiały żałośnie słabo.

Kayo ze świstem wciągnął powietrze i ściągnął łopatki, prostując potężne plecy odziane w czarny, zgodnie z tradycją magów, kaftan.

– Magia nie czyni cię bogiem – odciął się krótko. Równie dobrze mógłby splunąć mu z odrazą w twarz. Przerabiali już tę rozmowę. Wiele, być może zbyt wiele razy, żeby teraz mogła już cokolwiek zmienić.

– Ale sprawia, że mogę więcej niż człowiek. – Raiden zmrużył oczy, tłumiąc drapieżne warknięcie. – Jaki jest sens mocy, jeśli nie można jej wykorzystać, żeby uratować tych, których kochamy?

– Tych, których kochamy? – Kayo roześmiał się głośnym, gorzkim śmiechem kogoś, kto już dawno przestał wierzyć w podobne ułudy. – Miłość to największe kłamstwo, które zatruje ci umysł. Miłość jest dla zwykłych śmiertelników, którzy żyją ledwie chwilę, nie dla nas. – Wbił w ucznia rozogniony wzburzeniem wzrok. – Miłość jest tylko ulotną zmarszczką na oceanie wieczności. Czas wszystko zmienia, bo wszystko w końcu więdnie, traci początkowy powab, a twoja zakochana dusza, cierpiąc, obumiera.

– I właśnie to zamierzasz powiedzieć Bahrze? – odciął się sprytnie Raiden.

Oczy mistrza niebezpiecznie pociemniały.

– Ostrożnie, chłopcze – burknął z wyraźną groźbą w głosie, ale jego uczeń nie zamierzał się wycofać. Od dawna miał dość pustych słów, dość kłamstw i gry pozorów, w którą uwikłana była cała kasta magów. Nawet Kayo, jeden z Siedmiu. A teraz, to, co wydarzyło się na wyspie, coś ostatecznie w nim złamało. 

– Nie pouczaj mnie, jeśli sam nie wierzysz w swoje morały, mistrzu. – Ostatnie słowo zabrzmiało gorzką drwiną.

Kayo mruknął niezrozumiale i ruszył przed siebie, w kierunku majaczących w pełzającej nisko mgle sylwetek dwóch wierzchowców. Poły długiego czarnego kaftana przewiązanego szerokim, wyszywanym pasem, łopotały na wietrze jak ogromne krucze skrzydła. Fakt, że mag nie zareagował na ostatnią zaczepkę, dowodził, w jak poważnych tarapatach się znaleźli. Raiden przeklął w duchu i krzywiąc się z bólu przeszywającego całe ciało, podążył w ślad za nim.

– Przekroczyłeś granicę, zza której nie ma odwrotu – rzucił ponuro Kayo, ponownie skupiając wzrok na ciemnych kłębach chmur. Ostatni pierścień przypominający burzowy front przesuwał się szybko w stronę lądu, odwrotnie do kierunku wiatru. Wyładowanie mocy podczas przekraczania bariery ochronnej wyspy musiało być doprawdy imponujące, skoro jeszcze teraz widoczne były po nim takie ślady. Ślady, które przy okazji stanowiły dla Kręgu niezbity dowód na popełnioną zbrodnię.

– Według ciebie miałem pozwolić jej umrzeć? – Raiden syknął jednocześnie ze złości i z bólu. Chociaż nie miał widocznych ran, nie opuszczało go dziwne wrażenie, że ktoś poprzemieszczał wszystkie jego wnętrzności i upuścił mu przy tym krwi. – Miałem zignorować wołanie o pomoc? To jest twoja lekcja?

Kayo obrzucił go taksującym spojrzeniem, jakby upewniał się, czy to kolejna, bezcelowa słowna potyczka, czy też uczeń naprawdę zwątpił w zasady określone przez Kodeks.

– Sigrun i tak była bliska śmierci, dawno już przekroczyła kres ludzkich lat – odpowiedział w końcu, nie siląc się na łagodność. Szczycił się tym, że zawsze mówił prawdę, nawet wtedy, gdy była trudna i bolesna. – Czas na Wyspie Mgieł biegnie inaczej, głupcze. Twoja heroiczna wyprawa była stratą czasu, twoja zbrodnia skazaną na porażkę próbą zatrzymania nieuniknionego. A teraz masz krew na rękach.

Raiden zmrużył oczy i pokręcił niechętnie głową. Przez jego twarz przebiegło coś na kształt pogardy dla samego siebie.

– Miałem krew na rękach już w dniu, kiedy mnie poznałeś – przypomniał pozornie obojętnym tonem i uśmiechnął się krzywo. Kayo potrafił jednak dostrzec napięcie, z jakim zaciskała się jego szczęka.

– Teraz jesteś magiem – odparł z naciskiem, powoli tracąc cierpliwość i położył ciężką dłoń na jego ramieniu. – Moim nowicjuszem. Odpowiadam za twoje czyny tak jak za moje własne. Jak ojciec za przewiny syna. Dlatego poddasz się decyzji Kręgu. Okażesz skruchę i z pokorą przyjmiesz wymierzoną ci karę.

Majestatyczna siedziba Kręgu wyłoniła się zza półprzezroczystej zasłony cienia, dokładnie w chwili, w której przekroczyli Bramę Dusz. System stale zmieniających położenie magicznych portali był na tyle skutecznym systemem bezpieczeństwa, że rozległy pałac mógł swobodnie pysznić się formą wyszukanej, reprezentacyjnej rezydencji, bez żadnych widocznych umocnień obronnych. Piękno wyrafinowanych zdobień i mnogość ornamentalnych detali oszałamiała każdego przybywającego w to szczególne miejsce. Półprzezroczyste kryształy mieniące się w słońcu, rywalizowały o prymat z błyszczącymi rozetami witraży, a misterne zdobione wieżyczki okalały rytualną arenę na dachu potężnej budowli, gdzie odbywały się najważniejsze posiedzenia Kręgu. Bladoróżowe płyty marmuru spowijała ledwie dostrzegalna i łagodnie pulsująca poświata, która czasami, bardzo rzadko, rozstępowała się, żeby ukazać drugie oblicze siedziby magów, martwe i przerażające, przegniłe i przeklęte.

Raiden wziął gwałtowny, urywany oddech, a przesycone zapachem sosnowej żywicy powietrze wdarło się boleśnie do ściśniętych płuc. Z największym trudem utrzymywał przytomność podczas pospiesznej podróży z wybrzeża, skrajnie wyczerpany utratą mocy i krwi, i oszołomiony bólem zadanych przez boginię ran. Gdy jego mistrz otworzył portal, natychmiast ogarnęła go kolejna fala niespokojnych majaków, w których nieustannie mierzył się z nieustępliwym spojrzeniem morskich oczu Zarii i wsłuchiwał w krzyki płonącej żywcem Sigrun.

– Skup się, chłopcze! – warknął rozeźlony Kayo, brutalnym szarpnięciem ciągnąc go za sobą przez skraj Milczącego Lasu. – Nie okazuj słabości!

Raiden zazgrzytał w odpowiedzi zębami. Teraz obydwaj mieli już paskudny humor. Mistrz nigdy nie przepadał za szóstką magów, sprawujących, teoretycznie wraz z nim, pieczę nad równowagą mocy na tym świecie. Z każdą kolejną wizytą robił się coraz bardziej zgryźliwy, a jego i tak gwałtowny temperament, coraz bardziej wybuchowy. Za to Raiden, chociaż zwykle potrafił uzbroić się w maskę lodowatego spokoju i świetnie odgrywać grę pozorów, w głębi duszy szczere nienawidził tego miejsca. Trudno było mu tylko zdecydować, czy to uczucie w większym stopniu wywoływali ci wszyscy nadymani swoją szczególną pozycją magowie, uzurpujący sobie władzę nad światem, czy może samo miejsce, przesiąknięte najbardziej plugawym rodzajem mocy, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia. Kiedy pytał o to Kayo, ten zasępiał się i kręcił głową.

– Nie ma złej i dobrej mocy – odpowiadał zwykle, z właściwą sobie lakonicznością, która pasowałaby bardziej do wojownika niż do prowadzącego nauki mistrza. – Jest magia i jest boska siła, ale jedna i druga to w gruncie rzeczy tylko pewna forma żyjącej energii. To, co czyni ją bardziej lub mniej przerażającą, twórczą lub niszczycielską, podłą lub miłosierną jest wyłącznie nasza, ułomna, ludzka potęga woli.

– A więc jeśli chcę, to mogę? A etyka jest dla słabych? – drwił tak nie raz, ale Kayo nigdy nie dał się sprowokować. Może właśnie za to Ren tak szanował swojego mistrza, za tę zadziwiającą niezłomność charakteru, nawet jeśli bywał przez to poważny aż do znudzenia.

– Możesz brać tyle magii, ile jesteś w stanie podporządkować sile swojego charakteru – pouczał go z ledwie dostrzegalnym złośliwym błyskiem w złotych oczach. – Możesz być wybawieniem lub przekleństwem. Jednak jak wszystko w tym świecie, także i moc wymaga równowagi, a twoje decyzje prędzej czy później przyniosą nieuchronne konsekwencje. Możesz więc prawie wszystko, o ile wszystko zniesiesz.

Raiden nie mógł jednak wszystkiego, a w każdym razie już nie, nie po tym, co zrobił. Teraz nie był nawet pewien ile jeszcze oddechów, ile dni będzie w stanie znieść, jak długo będzie w stanie panować nad bólem i tym obezwładniającym uczuciem pustki, które pożerało go powoli od środka. Jak długo wytrzyma ten… brak, okrutne przekleństwo Zarii.

Był niekompletny. Zdezintegrowany. Pozbawiony części siebie, niepełny i okaleczony. Nie był pewien, ile z tego wyczuwał jego nauczyciel. Esencje każdego mistrza i ucznia były połączone, bo nowicjat oznaczał więź znacznie głębszą niż jedynie przekazywanie wiedzy o magii. Wystarczył jeden oddech, a Raiden rozpoznawał znajomy posmak miedzi i górskich leśnych jagód. Moc prastara i wytrawiona w niezliczonych walkach i próbach sił przez kilku stuleci otaczała go ochronną sferą, sygnalizując zarazem nieufność, jaką Kayo żywił do Siedmiu.

Jeszcze zanim zbliżyli się do majestatycznego pałacu z różowego marmuru, przywitał ich przysadzisty człowiek w czerni o łagodnym wyrazie twarzy, niemającym jednak nic wspólnego z jego prawdziwą, surową naturą. Jeden z członków Kręgu, Zoticus.

– Kayo – mężczyzna nienaturalnie przeciągnął imię maga, celowo zapominając o jakimkolwiek zwyczajowym pozdrowieniu. – Krąg niecierpliwił się, oczekując na wasze wyjaśnienia. Ślad, który do nas dotarł był… niepokojący. – Zoticus ściągnął brwi w sposób doskonale imitujący zatroskanie i zakręcił młynka splecionymi palcami dłoni. – Moc i krew, życie i śmierć – dodał z rodzajem filozoficznej zadumy. Jego wzrok przesunął się obojętnie po zaciętej twarzy Raidena.

– Przybyliśmy tak szybko, jak to było możliwe – odparł Kayo i również całkowicie rozmyślnie nie skłonił na powitanie głowy.

– Jednak nie wystarczająco szybko, żeby okazać nam szacunek i przekonać o swoim przywiązaniu do zasad – rzucił w przestrzeń Zoticus, jego ton był zwodniczo spokojny, ale w oczach zamigotało ostrzeżenie. – Czyżbyś zapomniał, że magia krwi jest surowo zakazana?

Kayo nie zareagował na protekcjonalnie sformułowane pytanie.

– Na Wyspie Zarii doszło do wydarzeń, które wymagały niezwłocznej interwencji. Stan Raidena nie pozwalał na szybszą podróż – wyjaśnił chłodnym tonem, jakby był zwykłym wojownikiem składającym rutynowy meldunek po misji.

– Wymagały interwencji? – Zoticus wydął pulchne wargi, a Raiden poczuł, jak ogarnia go znajomy, mroźny gniew, tłumiąc na chwilę obezwładniający ból, wypełniający każdą kroplę jego krwi. Niemal bezwiednie zacisnął pięści, instynktownie szukając swoich sztyletów, ale Kayo musiał to wyczuć, bo natychmiast przesłał mu przez więź karcące szturchnięcie mocy. – I mówisz o tym tak otwarcie? Waż słowa, stary przyjacielu, póki jeszcze nie rozpoczęliśmy oficjalnych obrad.

– Och, zapewniam, że każde moje słowo zostało uprzednio zmierzone, zważone i odnotowane – Kayo wykrzywił twarz w paskudnym grymasie, oznaczającego zarazem wyzwanie i pogardę dla przeciwnika. – Nigdy nie śmiałbym uchybić czci Kręgu jakąkolwiek nieodpowiedzialną paplaniną.

Raiden z satysfakcją stwierdził, że Zoticus nie wytrzymał spojrzenia dziwnych, różnokolorowych oczu mistrza. Zapach jego esencji przygasł, ustępując przed miedzią i leśnymi jagodami Kayo.

– Poinformuję pozostałych o waszym przybyciu – oznajmił i skłonił się z przesadzoną tym razem kurtuazją, ale nie omieszkał uśmiechnąć się przy tym złośliwie. – Przygotowaliśmy dla was oddzielne kwatery.

Oddzielne kwatery oznaczały ni mniej, ni więcej tylko przymusową izolację od mistrza. Na widok grubych murów swojej gościnnej komnaty w jednej z potężnych wież pałacu, Raiden doszedł do wniosku, że ma coraz gorsze przeczucia co do koncepcji wymierzenia sprawiedliwości przez szóstkę pozostałych magów. Kayo, teoretycznie był co prawda pełnoprawnym członkiem Kręgu, ale jego relacje z pozostałymi przez całe wieki oscylowały wyłącznie w zakresie pomiędzy chłodną rezerwą a otwartą wrogością. Mistrz nigdy nie wyjaśnił mu, czy ta niechęć miała jakąś konkretną przyczynę, czy też od zawsze miał po prostu inne od reszty poglądy na moc i rolę magów na tym świecie. Być może to po prostu jego natura nieco zdziczałego samotnika sprawiała, że niechętnie i rzadko bywał w siedzibie Kręgu.  Zdecydowanie wolał pełnić swoje obowiązki, wędrując po najdalszych zakątkach ludzkiego świata, tropiąc anomalie i wynaturzenia wywołane działaniem nieokiełznanej, prymarnej magii. Zresztą to właśnie w ten sposób tak szybko po ujawnieniu mocy znalazł Raidena w odległym Eigyrze. Znalazł i uratował w ten sposób przed ponurym losem odmieńca i ojcobójcy.

Gdy ciężkie drzwi zamknęły się za jego plecami ze złowróżbnym szczęknięciem, Raiden opadł z ulgą na posłanie. Jak wszystkie komnaty w pałacu magów i ta urządzona była ze szlachetną prostotą, ale i dbałością o komfort. Łoże było więc wygodne, a pościel pachniała delikatnie sosnowym olejkiem i kojącą lawendą. Wziął głęboki oddech, który natychmiast przypomniał mu o bólu w płucach i pulsującej palącym ogniem ranie między żebrami. Nadal był dotkliwie poraniony i skrajnie wyczerpany, ale do tego już dawno zdołał przywyknąć przez dekady szkolenia u Kayo. Zdecydowanie gorsze było to nieznane dotąd uczucie pożerającej jego jestestwo pustki, która zagnieździła się jak natrętny pasożyt w samym sercu rozszarpanej przez Zarię duszy.

Przymknął oczy, ale zamiast uspokajającej ciemności, po raz kolejny zobaczył przerażoną twarz Sigrun z płonącymi oślepiającym ogniem włosami, słyszał błagalne krzyki przerażonych kapłanek, głuche uderzenia jego śmiercionośnych sztyletów, przyspieszone oddechy i rozdzierające zawodzenia gotujących się na śmierć mniszek. Śmierć… Tyle śmierci. Krew i szlam, ogień i magia. Popełnił zbrodnię, złamał wszystkie zasady. Podeptał Kodeks, zamordował niewinne istoty, odebrał ludzkie życie w akcie samolubnego odwetu, a i tak nie zdołał jej ocalić. Jego mała siostrzyczka spłonęła żywcem, nie rozumiejąc nawet, co tak naprawdę ją spotkało. Nie dotrzymał swojej obietnicy, nie uchronił jej przed krzywdą. Zawiódł ją. Okłamał. Był winny tak samo, jak zabójczynie, które sprowadziła do sanktuarium Maeve.

Nie wiedział, jak długo wpatrywał się w strzeliste okno komnaty. Zwiewne, białe zasłony łopotały jak żagle przy każdym silniejszym uderzeniu wiatru znad bezkresnego Jeziora Cieni. Nawet nie chciało mu się zdjąć butów, zapalić świecy ani nalać sobie szklanki wody. Mimo wyczerpania i bólu sen uparcie do niego nie przychodził, czuł jedynie pustkę, nudę, ciągnącą się w nieskończoność aż do całkowitego odrętwienia. Usadowił się wygodniej na posłaniu, krzyżując nogi na wysokości kostek, splótł ramiona pod głową, znieruchomiał i bezmyślnie liczył oddechy, w płonnej nadziei, że czas w końcu przyspieszy. Nigdy nie znosił czekania. Jakiegokolwiek i na cokolwiek. A przedłużające się czekanie na wyrok Kręgu, było niczym innym jak subtelną formą tortur, które zapewne miały go zawczasu zmiękczyć.

Zapadłszy w kojąco obojętny letarg, nie wyczuł nawet, że ktoś ostrożnie zbliżał się do komnaty. Dopiero gdy skrzypnęły zawiasy ciężkich drzwi, ukazując ciemnoskórą kobietę o ponętnie pełnych kształtach, z poważną miną i jeszcze poważniej wyglądającym grubym woluminem w rękach, ocknął się z zamyślenia.

– Bahra… – Poderwał odruchowo głowę i posłał maegi krzywy uśmiech powitania. – Czyżby Kayo cię przysłał, żebyś nauczyła mnie pokory?

– Na tę lekcję jest już u ciebie zbyt późno – mruknęła z otwartą dezaprobatą czarodziejka i zaczęła się mu się bezczelnie przyglądać tym swoim denerwującym, przenikliwym wzrokiem uzdrowicielki oceniającej stan chorego. Ostatecznie zamknęła za sobą drzwi, westchnęła i spojrzała mu twardo w oczy. – Przyszłam upewnić się, że nie powiesz niczego, co zaszkodzi twojemu mistrzowi.

Raiden prychnął drwiąco i pokiwał głową. Szczerość. Mógł się tego spodziewać. Chociaż Kayo nigdy otwarcie tego nie przyznał, dla wszystkich wokół od dawno było jasne, że coś łączy go z piękną maegi z egzotycznych Wysp Tysiąca Róż. Ona z kolei, przez ostatnie dekady zdążyła też już na tyle dobrze poznać Raidena, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że zwykle ściągał na swojego mistrza kłopoty.

– Dobrze wiesz, że nie ma znaczenia co powiem – odparł lekceważącym tonem. – Oni i tak podjęli już decyzję.

Twarz Bahry natychmiast stężała. Obrysowane grubą czarną kreską oczy zwęziły się niebezpiecznie.

– To ty podjąłeś decyzję – wycedziła surowo, a wanilia i pieprz jej esencji podrażniły jego nozdrza. – Poddałeś się.

– Owszem – zgodził się niechętnie Raiden – podjąłem decyzję. Podjąłem decyzję, żeby wtargnąć do sanktuarium, ale to Zaria rozszarpała mi duszę. Teraz jestem… – zamilkł i zapewne zbyt długo niż powinien, milczał, z przymkniętymi oczami szukając właściwego słowa. Prześladujące go obrazy z rzezi kapłanek natychmiast powróciły. – Pusty – dokończył ostatecznie, zupełnie wyzutym z emocji tonem. – Martwy w środku. Nie mam już nic. Cóż więc mogą mi odebrać?

– Mogą odebrać ci dostęp do twojej magii, głupcze. – Głos maegi był napięty jak struna. – Mogą ukarać twojego mistrza. Mogą…

– Za to ja nic już nie mogę – przerwał jej zniecierpliwiony Raiden.

Bahra bez trudu wytrzymała jego wyzywające spojrzenie i wbrew temu, co oczekiwał, wykrzywiła się w nieprzyjemnym, gorzkim grymasie, na który zawsze skarżyła się Dorianne.

– Jeśli szukasz mojego współczucia to wiedz, że się go nie doczekasz. Rozumiem, co cię spotkało, ale żałoba po siostrze zrobiła z ciebie egoistę – jej oczy zapłonęły ognistą wściekłością. Z głuchym trzaskiem odłożyła ciężką księgę na gładki blat stojącego nieopodal okna stołu i splotła ramiona na imponujących piersiach. Dzięki wyjątkowo głębokiemu dekoltowi czarnej sukni wytatuowana żywymi kolorami rajska jaskółka bezwstydnie przyciągała wzrok. Raiden zacisnął mocniej szczękę i bezczelnie mrugnął do zdenerwowanej czarodziejki.

– Nie oszukuj się, Bahra, zawsze byłem egoistą.

Twarz maegi nie zmieniła wyrazu.

– Kayo opowiadał mi o tobie – wyznała, tym razem już znacznie bardziej wyważonym tonem. – O tym, co zrobiłeś. O tym, w jaki sposób ujawniła się u ciebie magia – zawiesiła na chwilę głos, zawahała się przed kolejnymi słowami, a gdy znów zaczęła mówić, jej ciemne oczy były znacznie łagodniejsze. – Znam ból, jaki przeżyłeś, znam twoje cierpienie, chłopcze.

– A zatem dobrze wiesz, że nie jestem nie tylko egoistą, ale i ojcobójcą – odciął się mag. – Teraz też bluźniercą i mordercą.

– Jesteś złamany – poprawiła go czarodziejka. – Zabijając ojca, zabiłeś kawałek siebie. To ból, który zostanie z tobą już na zawsze. A teraz, usiłując ocalić siostrę, pozwoliłeś, żeby Zaria wyrwała kolejny kawałek twojej duszy.

– Ból po ojcu? – Raiden zaniósł się pustym śmiechem. Cóż za ironia losu, że po tym, co zrobił, Bahra oferowała mu wielkoduszne współczucie. – Mój ojciec był potworem i mogę tylko żałować, że tak długo zbierałem odwagę, żeby go zatłuc. Sprawiło mi to radość. Przyniosło ulgę. – Uśmiechnął się krzywym, obłąkańczym uśmiechem i rzucił bezczelne spojrzenie Bahrze. – A co do Zarii… Przedstawiasz to tak, jak bym złożył się w heroicznej ofierze. A prawda jest taka, że nie zamierzałem na nic takiego jej pozwolić. Najzwyczajniej w świecie nie myślałem o konsekwencjach i liczyłem, że uda mi się ich uniknąć. Czy jednak żałuję? Ani trochę.

Bahra wciągnęła powoli powietrze i nie przestawała się w niego wpatrywać, tym swoim uważnym, przenikliwym spojrzeniem, które onieśmielało połowę magów Kręgu. Dziwne, że jej naturalna charyzma nigdy nie zapewniła jej miejsca wśród Siedmiu. Z drugiej strony, piękna czarodziejka zdecydowanie wolała spędzać długie miesiące w pałacowej bibliotece, prowadząc te swoje tajemnicze badania i kwerendy, niż zabiegać o poparcie innych i stanowiska.

– A więc jesteś odważnym idiotą – oceniła w końcu sucho, a piekący pieprz zdominował słodką wanilię.

Raiden pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Już rozumiem, dlaczego tak dobrze dogadujesz się z Kayo.

– Nie drwij.

– Drwina to wszystko, co mi zostało, pani. – Nie mógł powstrzymać się od zjadliwości, która była najlepszą maskaradą dla bólu i rozpaczy.

– To jeszcze nie koniec – Bahra była nieugięta. – Wkroczyłeś pomiędzy magów a bogów. Zaria wymierzyła ci karę, ale Krąg nie odbierze ci życia, skoro ona ci je darowała, ale i nie puści ci tego płazem. Aitor zapewne skorzysta z okazji i zwróci się przeciwko twojemu mistrzowi. Czy chcesz czuć się winnym również tego? Czy jesteś gotowy żyć z takim ciężarem?

– Żyć? – Raiden wydął lekceważąco usta, choć myśl o narażeniu Kayo poruszyła te smętne resztki jego roztrzaskanej duszy. – Zależy jak długo. Widzisz… nie jestem już nieśmiertelny, Bahra. Od tamtego przeklętego dnia zaczęło się moje umieranie. Wyrzuty sumienia są teraz najmniejszym z moich problemów.

Nagle powietrze w komnacie stężało. Magia emanująca od czarodziejki nasyciła przestrzeń wokół ostrym zapachem jej esencji i tym szczególnym, elektryzującym elementem, który przenikał materię świata, a podczas czynienia wyższych zaklęć, objawił się jako cieniutkie żyłki połyskujące płynnym srebrem. W jednej chwili cała jasność zbladła, wchłonięta przez gęstniejący mrok, Raiden poczuł, jak gardło zaciska mu się boleśnie, a płucom brakuje oddechu. Jego bezsilność wobec tej gwałtownej demonstracji siły była upokarzająca, ale zdołał skoncentrować się na tyle, żeby nie dać po sobie poznać słabości.

– Nie oszukasz mnie. – Bahra ostatecznie odpuściła i uśmiechnęła się triumfalnie, jakby właśnie dowiodła swojej racji. – Z Kayo wiąże cię coś więcej niż nowicjat. Szanujesz go, cenisz jego przyjaźń. Przyjaźń, Raiden! – powtórzyła z naciskiem. Zawiesiła głos ledwie na chwilę, a kiedy mag nie zaprzeczył, podjęła tonem nadal zdecydowanym, ale zabarwionym żalem. – I ty i ja, w przeciwieństwie do większości magów wiemy, że istnieją na tym świecie więzi silniejsze od magii. Takie, dla których warto wszystko zaryzykować.

Przez chwilę milczał ponuro w odpowiedzi, ale Bahra nie przestawała przewiercać go karcącym spojrzeniem, niemożliwym do zignorowania.

– Cóż z tego, skoro bez magii wkrótce nie będę mógł żyć? Na co mi twoja mądrość, jeśli zgniję jak zwykłe ludzkie ścierwo? – żachnął się i potarł odruchowo czoło. Kiełkujący ból głowy był natychmiastową odpowiedzią na jej niedawny pokaz mocy. Uciążliwy, ale po stokroć mniej dotkliwy niż cierpienie z powodu ran zadanych mu przez Zarię. Licha namiastka tego, co miało dopiero nadejść.

Bahra ściągnęła brwi, zabrała ze stołu porzucony tam wcześniej tom i zbierając się już do wyjścia, obrzuciła Raidena spojrzeniem, w którym przestroga w równych częściach mieszała się z wyzwaniem.

– Zdaje się więc, że stoisz przed życiowym wyborem, nowicjuszu. – Uniosła dumnie podbródek. – Zgnij jako nic niewarte ścierwo bez sumienia albo znajdź w umieraniu szansę na odkupienie.

Trzy dni.

Trzy boleśnie długie dni i jeszcze dłuższe noce pełne poszarpanych wizji z Wyspy Mgieł, w których zdeformowane bólem twarze krzyczącej Sigrun i umierających kapłanek, przeplatały się z nieskończonym smutkiem w morskich oczach milczącej bogini. Nie przemówiła do niego już ani razu, ale jej spojrzenie wyrażało więcej, niż mogłyby to zrobić jakiekolwiek słowa. Piękna i bezlitosna, kusicielka i mścicielka. Jej widok przypominał mu o tym, co zrobił, a także o tym, co bezpowrotnie utracił. Kiedy nocami zwijał się z bólu, lżył ją i przeklinał, aż w końcu nauczył się tęsknić za jej wizjami i czerpać przewrotną otuchę z lodowatego ognia w tych niesamowitych oczach, których obraz zaczął mu się coraz bardziej zacierać.

Po trzech długich dniach Krąg w końcu okazał miłosierdzie i wezwał go na audiencję. Kiedy Ren wspinał się po niekończących się schodach, wiodących do wielkiej sali obrad, dwukrotnie zakręciło mu się w głowie i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z własnej, zawstydzającej słabości. Stojąc tuż przed drzwiami, przymknął oczy, zmusił się do koncentracji i przywołał do siebie te żałosne resztki mocy, którymi mógł jeszcze władać po tym, co zrobiła mu Zaria.

W środku czekało na niego sześciu magów Kręgu z wyniosłą pustką w oczach właściwą wyłącznie istotom nieśmiertelnym. Raiden potoczył ponurym wzrokiem po dumnych twarzach, znajdując w nich ślady całej gamy uczuć; od pogardy, przez zaintrygowanie, sadystyczne rozbawienie, znudzenie, potępienie aż po otwartą niechęć, nie dostrzegł jednak ani krzty przychylności. Natychmiast zorientował się, że esencja jego mistrza była wyraźnie wyczuwalna w powietrzu.

W lekkim rozkroku zatrzymał się przed ogromnym kamiennym stołem, za którym zasiadali na swych zdobnych, ceremonialnych tronach i zamiast zwyczajowego ukłonu, splótł ręce na plecach i skinął im oszczędnie na powitanie.

– Gdzie Kayo? – zapytał bez cienia uległości.

Szpakowate brwi Aitora poruszyły się niespokojnie w reakcji na oczywiste podeptanie protokołu.

– Twój były mistrz został już przesłuchany – odparł beznamiętnym tonem i zatopił szponiastą dłoń w siwej brodzie, głęboko coś rozważając. Krótko obcięta Benat zachichotała złośliwie i w prześmiewczym geście toastu uniosła w stronę Raidena kielich z czerwonym winem. Wyglądała, jakby rozśmieszył ją jakiś hermetyczny żart, którego znaczenie rozumieli tylko wtajemniczeni.

– Żeby być przesłuchanym, trzeba mieć coś do powiedzenia – zauważył chłodno Raiden. – A on nic nie wie. Nie było go na wyspie. Wyczuł ślad mojej mocy, ale znalazł mnie już po wszystkim. Działałem sam, wbrew jego jasnym zakazom. Nie mieszajcie go do tego.

Dopiero po chwili, w głębi sali, pod niknącą w ciemnościach kolumnadą, zauważył kogoś jeszcze: zastygłą w napięciu Bahrę, a tuż obok Dorianne, jej piękną nowicjuszkę, o szyi łabędzia i sercu ze stali. Nie był pewien, czy ten widok dodał mu otuchy, czy też zupełnie odwrotnie.

– Nadal jesteś nowicjuszem. Jako protegowany nie masz ani prawa głosu, ani prawa decyzji – odparł z wyraźną naganą w głosie Gaspar. Jego czarne jak węgle oczy wbijały się w nieokreślony punkt gdzieś na przeciwległej ścianie, a obwisłe wargi wykrzywiły w wyrazie potępienia.

Raiden zignorował jego zezujące spojrzenie i parsknął bez cienia wesołości.

– Ale mam prawo do przesłuchania? – zapytał z niedowierzaniem.

W audiencyjnej sali zapadła grobowa cisza, nawet niezrównoważona Benat przestała chichotać.

– Dotarły do nas niepokojące wieści, że złamałeś pieczęć Zarii i wtargnąłeś na świętą wyspę Zarii – oznajmił podniośle Zoticus, groźnie marszcząc na nowicjusza brwi. Na jego pulchnych policzkach zakwitł nerwowy rumieniec. Najwyraźniej chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwał mu Aitor, nieformalny przywódca Kręgu, pierwszy pośród równych, budzący niezaprzeczalny respekt u pozostałej piątki magów, lecz nie u zbuntowanego Kayo.

 – Podeptałeś boskie sacrum i naruszyłeś odwieczny porządek pomiędzy nami a kapłanami – oznajmił oskarżycielskim tonem siwy mag. – Użyłeś magii, przeciwko boskiemu azylowi. To czyn, równoznaczny z wypowiedzeniem wojny bogom, nie jakieś przypadkowe naruszenie Kodeksu.

Raiden odważnie wytrzymał jego gromiące spojrzenie i odczekał kilka chwil, zanim zdecydował się jak odpowiedzieć.

– Wiesz, na czym polega różnica między magią a boską mocą? – Zapytał nieoczekiwanie lekkim tonem, choć nie brak w nim było cichego wyzwania. – Jedyna różnica, jaka ma znaczenie? – Jeden kącik jego ust powędrował w górę w cynicznym półuśmiechu. – Podczas, gdy religia każe ci paść na kolana i błagać, magia pozwala ci brać to, na co masz ochotę. A ja… ja nie jestem żebrakiem.

Aitor zmrużył oczy, a jego ptasia grdyka poruszyła się nerwowo kilkakrotnie, zanim znów zaczął mówić.

– Jako mag musisz przestrzegać zasad Kodeksu – stwierdził oschle.

– Zasady Kodeksu – powtórzył lekceważąco Raiden i pokręcił głową z takim politowaniem jakby w istocie chodziło o byle błahostkę. – Kaganiec, który sami sobie nałożyliśmy.

– Te zasady chronią świat przed popadnięciem w chaos! – zaoponował twardo Aitor.

Ren przekrzywił głowę i powiódł pewnym siebie spojrzeniem po wszystkich sześciu twarzach swoich sędziów. Tym razem zobaczył w nich nie tylko odrazę, szok, gniew, ale i coraz większe zaintrygowanie. W pięknych, sarnich oczach ciemnowłosej Anisy zabłysła migotliwa iskra, rozburzonej fascynacji.

– A może to, co nazywasz chaosem, Aitorze, jest po prostu światem bez podporządkowania ludzi władających mocą absolutnej władzy grupki uprzywilejowanych…

– Dość tego! – Gaspar gwałtownie podniósł się z tronu. Jego twarz płonęła najwyższym oburzeniem. Esencja dzikich jabłek i piżma nasyciła powietrze ostrzegawczą falą.

– Oswoiliśmy magię – kontynuował niewzruszony Raiden, coraz pewniej, coraz bezczelniej. – A ona skarlała, zmarniała jak uwięziona w klatce bestia. Istotą prymarnej mocy jest niebezpieczeństwo i chaos, więc może to, co zrobiłem, nie było naruszeniem porządku, tylko powrotem do pierwotnego jej stanu?

Bluźniercze słowa wywołały falę rozgorączkowanych szeptów. Głowy magów zaczęły nachylać się ku sobie, konferując, wyjaśniając sobie znaczenie tej zuchwałej przemowy. Smutnooka Anisa zasłoniła drżące usta dłonią i patrzyła na Raidena tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Zoticus mówił coś półgłosem do łapiącego z trudem powietrze Gaspara, a milczący Indra pokiwał w zdumieniu głową. Jedynie Aitor zachował kamienną twarz.

– Władanie magią nie może być chaotyczne, bo wtedy byłoby bezcelowe. – Splótł wychudzone palce i oparł łokcie o kamienny blat. W jego oczach wyraz potępienia mieszał się z niemal ojcowską troską. Gdy tylko się odezwał, reszta magów zamilkła.

– A zatem ma jakiś cel? – zdziwił się uprzejmie Raiden. – Interesujące. Powiedz, mi, Aitorze, jaki jest jej sens, jeśli nie pomogła mi uratować jednego, śmiertelnego życia?

Nie musiał nawet patrzeć na Bahrę, żeby wiedzieć, jak bardzo zdenerwowały ją te słowa. Z każdą wypowiedzią przesuwał się dalej i dalej, niebezpiecznie blisko granicy, za którą czekało go potępienie i kara. Wanilia i pieprz przybrały na sile, zagłuszając nawet korzenny posmak esencji Aitora.

– Magia nie ma celu – podjął filozoficznym tonem starzec. – Jest jak wiatr albo morze czy promienie słońca. Do niczego nie dąży, ale bez niej, nasze życie nie miałoby sensu. Jesteśmy jej naczyniami, a ona płynie w nas zamiast krwi, porusza sercem i każe zaczerpnąć kolejny oddech – ciągnął spokojnie i z żalem przyglądał się zaciętej twarzy Raidena. – Być może jesteś jeszcze zbyt młody, aby to zrozumieć, zbyt zapatrzony w siebie, żeby widzieć wyższy sens Kręgu i Kodeksu. Czas jeszcze nie stracił dla ciebie czysto ludzkiego znaczenia. My przychodzimy i odchodzimy, ale to moc sprawia, że ten świat trwa, że życie nieustannie się odradza. Jesteśmy strażnikami, tak jak kapłani, powiernikami, ale nie możemy uzurpować jej do władzy nad ludźmi. To wbrew naturze.

– Wbrew naturze… – powtórzył cicho Ren.

– Właśnie dlatego Kodeks zabrania nam ingerować – wyjaśnił niewzruszony Aitor, udając, że nie widzi cynicznego grymasu na twarzy nowicjusza. – Pokusa bywa zbyt wielka, a konsekwencje… – zamilkł znacząco. – Stąd nasza izolacja, życie na uboczu. Zbyt mocne więzi ze śmiertelnikami zawsze ostatecznie oznaczają wikłanie się w ich błahe sprawy. Przynoszą ból, który zaburza rozsądek, a potem prowadzi do nieuchronnego upadku.

Tym razem nie wytrzymał i roześmiał się gorzkim, drwiącym śmiechem.

– Ból, o tak – przyznał zjadliwie. – Zostałem okaleczony. Zaria odebrała mi część duszy i obłożyła mnie klątwą. Krąg może mi odebrać jedynie życie. A zapewniam cię, mój drogi Aitorze, że to ostatnia rzecz, o jaką teraz dbam.

Nawet z tej odległości i mimo mroku, wyraźnie widział, jak twarz Bahry zamiera w wyrazie przerażenia. Dorienne robiła za to wrażenie coraz bardziej zaintrygowanej przebiegiem przesłuchania. Między magami znów rozległy się rozgorączkowane szepty, aż w końcu Aitor uciszył ich władczym gestem dłoni.

– Mylisz się. – Wiekowy mag obdarzył Raidena nieoczekiwanie łagodnym uśmiechem. – Możemy odebrać ci coś znacznie cenniejszego, nowicjuszu. Teraz jesteś dumny, arogancki, pełen całkowicie bezpodstawnej wiary we własne siły. Ale zapewniam cię, że twój błyskotliwy sarkazm straci ostrość. Powoli… – Zmarszczki wokół cienkich ust pogłębiły się, gdy uśmiech zrobił się szerszy. – Kropla po kropli, aż zasady Kodeksu na dobre wryją się w twoją pamięć.

Ekstrakcja mocy.

Ze swoich nauk u Kayo pamiętał, że tak brzmiało właściwe określenie uczonych, na paskudny zabieg, któremu go poddano. Niektórzy uważali go za dawno wyparty relikt mniej cywilizowanych czasów, kiedy osoby władające mocą, z różnych względów nieprzyjęte oficjalnie na nowicjat uznawano za zbyt niebezpieczne, żeby posługiwały się magią. Ekstrakcji poddawano też niekiedy dzieci, u których moc ujawniała się zbyt gwałtownie, a które przez brak wiedzy i doświadczenia mogły stać się śmiertelnie groźne. Nieoficjalnie, ekstrakcja stała się niezwykle lukratywnym zajęciem Łowców Mocy, którzy brutalnie i bez umiaru pozyskiwali czystą magię, torturując magiczne istoty, a następnie sprzedawali ją magom, bądź każdemu, kto potrafił zrobić z niej użytek, a przy tymi miał odpowiednio ciężką sakiewkę.

Po doświadczeniach dzieciństwa w twierdzy jarla Eigyru i następnych, długich latach wyczerpujących treningów z Kayo, niestroniącego od bójek, niebezpieczeństw, a nawet regularnych wojen, Raiden sądził, że znał ból. Ekstrakcja mocy płynącej w jego żyłach razem z krwią objawiła mu jednak zupełnie nowy wymiar cierpienia.

Kropla po kropli, czuł, jak połączone siły szóstki magów Kręgu wydzierają z niego życiodajną moc, która tak mocno spleciona była z jego jestestwem, że wydobycie jej oznaczało bestialskie rozdarcie jego poranionej duszy na strzępy. Czuł, jak się rozpada, jak przestaje panować nad własną mocą, a obcy ogień żarłocznie trawi jego esencję. Doznanie nie było porównywalne z niczym, czego dotąd doświadczył. Ból przeszywał duszę i ciało, był obezwładniający, oślepiający i w końcu zniszczył w nim doszczętnie wszystko, co kiedykolwiek mogło mieć jakąś wartość, zostawiając jedynie gorejące zgliszcza. A jednak nie zabili go. Aitor powstrzymał resztę magów akurat w chwili, gdy Raiden był o krok od unicestwienia. Kara miała przecież być nauczką, a nie egzekucją. Demonstracją wagi, jaką przywiązywano do zasad Kodeksu.

Śnił o tym, że płonie żywcem razem z Sigrun na otulonej dławiącą mgłą wyspie, a Zaria na przemian płacze, wyciągając do niego z daleka ręce i przeklina go, grożąc okrutną śmiercią. Potem śnił o miękkich kruczych skrzydłach rozpościerających się nad jego głową, w obronie przed kolejnymi torturami Aitora, o falach leniwie oblizujących wybrzeże o białoróżowym piasku, o morskich oczach, w których z chęcią by utonął, by nic już nigdy nie czuć. Wszystko w końcu jednak zbladło, wspomnienia zlały się w niezrozumiałe, pourywane wizje, które zdławił oślepiający ból.

Obudził się nieokreślony czas po tym, jak dowleczono jego bezwładne ciało do komnaty. Zabawne, że na zewnątrz miał niewiele widocznych ran. Ot, kilka precyzyjnych nacięć wzdłuż nadgarstków, na ramionach, żebrach i szyi, które, zapewne dzięki czyjeś magii leczniczej zdołały się już zasklepić. Wewnątrz czuł się jednak zdezintegrowany, a co gorsza, nie wiedział, czy to uczucie kiedykolwiek przeminie.

Kiedy ktoś zabębnił pięścią w drzwi, spodziewał się Bahry i jej kolejnych lekcji moralności. Na progu stanęła jednak Dorianne, tak zabójczo piękna na swój surowy, chłodny sposób, jak i równie zdeterminowana.

– Dlaczego tu jesteś? – Twarz Raidena wykrzywił grymas niechęci. Nie zamierzał go nawet ukrywać. Po tym, co przeszedł, miał wrażenie, że nie ma w sobie już nic, co byłoby warte ukrywania.

Czarodziejka uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko i po prostu weszła do środka.

– Cóż za serdeczne przywitanie – prychnęła jak zalotna kotka. – Powinnam chyba czuć się urażona, nie sądzisz?

Raiden westchnął i skrzyżował ramiona na piersi.

– To zależy wyłącznie od odpowiedzi na moje pytanie – burknął. – Bahra cię przysłała?

– Bahra? – Dorianne wydęła lekceważąco usta i usiadła na rozmemłanym łóżku, zakładając przy tym elegancko nogę na nogę. – Nie jestem jej posłańcem – obruszyła się i musnęła dłonią jasne włosy.

– Ale nadal pilnie śledzisz każdy jej ruch. Usłyszałaś coś istotnego?

Dorianne przez chwilę udawała, że głęboko się nad czymś zastanawia, wystudiowanym gestem bawiąc się przy tym swoją ulubioną obsydianową kolią w kształcie węża. Nie zdejmowała jej, nawet gdy się kochali. Jedno z dziwactw, do których zdołał przywyknąć. Teraz widok kolii z nieokreślonego powodu go rozdrażnił.

– Nie wiedzą co z tobą zrobić – wyznała w końcu, uważnie śledząc jego reakcje na te słowa. – Zaria darowała ci życie, więc… Nie będą chcieli ryzykować i cię unicestwić. Z drugiej strony nie mogą przecież puścić twojej zuchwałości płazem.

Raiden pokręcił głową, nie mając nawet siły się roześmiać. „Puścić płazem…” Jasnowłosa nowicjuszka nie zrozumiała widać, na czym dokładnie polegał zabieg, jakiemu go poddano. A może Aitor kazał jej i Bahrze opuścić salę obrad, zanim wszystko się zaczęło? Nie pamiętał… W istocie niczego nie był już pewien. Wspomnienia skażone bólem były zbyt niewyraźne.

W zamyśleniu nalał sobie szklankę wina, które ktoś miłosiernie zostawił mu do skromnego posiłku i jednym haustem opróżnił ją do połowy, nie tracąc czasu na delektowanie się subtelnym aromatem. Znowu wydawało mu się, że słyszy naglące krakanie kruka i zapatrzył się w okno, w którym łopotały długie, białe zasłony przypominające żagle. Nawiedziła go niespodziewana myśl, że wolałby teraz być gdzieś daleko stąd, zostawić wszystko za sobą, wyruszyć w morze, opuścić na zawsze Wielką Ziemię. Dziwna, obca myśl, która mogłaby należeć do kogoś innego.

– Moglibyśmy stąd odejść. Razem. Jeszcze dziś.

Mag drgnął niespokojnie na dźwięk nieoczekiwanego wyznania Dorianne, jak wybudzony gwałtownie z upojnego snu. Zatapiając się w bolesnych wspomnieniach, niemal zapomniał o jej obecności. Obrzucił ją nie do końca przytomnym spojrzeniem.

– Odejść? – zapytał, ściągając brwi. – Ambitna maegi porzuca nagle krąg dla wiarołomcy i zbiega? – dodał z gorzką drwiną i już zupełnie przytomnie. – Dlaczego akurat teraz? O czym mi nie mówisz?

Czarodziejka odwróciła wzrok, poprawiając fałdy czarnej sukni, bez wątpienia wyłącznie po to, aby nieskromne rozcięcie lepiej układało się na jej smukłym udzie. Gdy znów na niego spojrzała, jasne oczy błyszczały rozedrganymi emocjami, chociaż Ren podejrzewał, że i to było jedynie jednym z jej uwodzicielskich zagrań.

– Chodzi o to, co mówiłeś o magii i boskiej sile – wyszeptała gorączkowo, zwilżając usta tak, jakby szykowała się na wyśmienitą ucztę. – Ja też nie jestem żebrakiem. Ja też nie zamierzam błagać – zadeklarowała z żarem, który tym razem chyba nie był udawany.

Raiden zmrużył lekko oczy, uważnie oceniając jej prawdziwe intencje. Mógł się tego spodziewać.

– Wielka szkoda, bo błagasz doprawdy uroczo – zakpił, ale czarodziejka zamiast się zawstydzić, tylko się wściekła.

– Mówię poważnie Raiden. – Maegi wyprostowała się odruchowo. – Wiem, co ci zrobili. – Wyraz twarzy nie wyrażał współczucia, jedynie zaciętą determinację. – Krąg… – Czarodziejka wzięła głęboki oddech. Raidenowi nie umknęło, że niezwykle starannie dobierała słowa. – Ta skostniała hierarchia nas tłamsi. Ci starcy nie liczą się z nami, boją się choćby pomyśleć o naruszeniu archaicznych reguł. O przesunięciu granic, które przecież sami sobie narzucili. Popatrz na mnie… – Wykrzywiła kształtne usta w wyrazie zniechęcenia. – Mój nowicjat trwa już zdecydowanie zbyt długo, a ta stara wiedźma nadal uważa, że nie jestem gotowa. Ile jeszcze zamierza na mnie narzekać i zmuszać do lektury kolejnych nudnych tomiszczy? Kolejne pięćdziesiąt lat?

Raiden miał ochotę się roześmiać, przypominając sobie obsesyjne przywiązanie Bahry do ksiąg i archiwów. Nie rozumiał go, ale uważał raczej za ekscentryczne i nieszkodliwe. Dorienne uwięziona między książkami musiała jednak czuć się jak w więzieniu. Nalał sobie więcej wina, kręcąc głową i kilka razy rozprostował zdrętwiałe palce. Na opuszkach czuł teraz delikatne mrowienie, ale moc odzywała się w nim ledwie słyszalnym echem, zgaszona i słaba. Zbyt dużo mu jej zabrano, a on nie wiedział, czy znajdzie sposób, żeby ją odzyskać. Gdy podniósł wzrok napotkał wyczekujące spojrzenie dumnej maegi.

– Zawsze podziwiałem twoją ambicję – stwierdził z niekłamanym uznaniem.

– Zawsze podzielałeś moją ambicję – poprawiła go z błyskiem w oczach. – A teraz, co? Zamierzasz potulnie czekać tu na wyrok, a może przepraszać za swoje błędy? Czyżbyś jednak był tylko żałosnym żebrakiem?

– Mylisz się. – Zniżył głos do napiętego szeptu i nieco zbyt stanowczo niż zamierzał, odstawił pustą szklankę na stół. – Nie szukam wybaczenia – wycedził, darując sobie uprzejmy ton – ani twojego poklasku, Dorianne.

– Więc czego szukasz?

Dopiero gdy zastanowił się nad odpowiedzią, zrozumiał, jaka jest prawda. Dopiero teraz dotarł do niego, za czym gonił, przez cały ten czas, przez całe życie, aż od dzieciństwa na Eigyrze.

– Wolności.

– Musimy się pospieszyć – wydyszała Dorienne. Nawet w tak szczególnej sytuacji nie postanowiła przebrać się w wygodniejszy strój podróżny. Raiden przeklął w duchu jej idiotyczne przywiązanie do luksusu i jej długą czarną suknię.

– Nikt za nami nie podąża – mruknął. – Nie spodziewają się ucieczki. Poza tym wiedzą, że jestem zbyt słaby, żeby przejść samodzielnie przez bramę. A Kayo nigdy by nie… – urwał, gdy tok jego myśli zaczął podążać w niebezpiecznym kierunku, w stronę przemyśleń, które mogłyby zmienić jego postanowienie. – Zresztą to już nieistotne – uciął.

Czarodziejka kiwnęła głową i ostrożnie unosząc suknię, z trudem przedzierała się dalej, przez coraz gęstsze zarośla wiodące w stronę Milczącego Lasu. Ren w milczeniu podążał za nią, uparcie ignorując rozrywający ból w klatce piersiowej i nerwowe drżenie mięśni pulsujących świeżym bólem. Maegi nie miała pojęcia, jak dotkliwie go poraniono i jak bardzo był okaleczony. 

Droga wiodła przez coraz ciemniejsze zakątki ku sercu umarłego lasu bezlistnych drzew. Z każdym krokiem, dywan szmaragdowego mchu szarzał, a śpiew ptaków robił się coraz bardziej nieśmiały, ustępując przed napiętą ciszą zwiastującą prastare miejsce mocy. Byli już na przedpolu bramy, kiedy Raiden raptownie się zatrzymał. Niemal instynktownie, prawie bez użytku woli, odwrócił się w stronę Dorianne i spojrzał twardo w jej szare oczy. Musiał wiedzieć. Miał prawo wiedzieć, zanim pozwoli jej przeprowadzić się przez portal i na zawsze porzucić Krąg.

– Czy jego też torturowali? – Zmusił swój głos do spokojnego, wyważonego tonu.

Dorianne wygładziła suknię i zacisnęła mocno usta.

– Przecież wiesz, że Aitor jest tradycjonalistą – odparła niechętnie. – Nauczyciel w dwójnasób odpowiada za błędy protegowanego. Przynajmniej twój nowicjat szybciej dobiegnie końca. Nie cieszysz się? – Jej uśmiech… jej fałszywy, wymuszony uśmiech.

Raiden zamrugał i odruchowo cofnął się o krok. Ponownie usłyszał natrętne wołanie kruka, tym razem blisko, tuż nad głową. W Milczącym Lesie było ich bez liku, żerowały na gnijących trupach zwierząt i magicznych istot, zwabionych przez zdradzieckie ścieżki i bagna, ku powolnej, bolesnej śmierci. Ptaki śmierci, ptaki zaświatów, ptaki przestrogi…

– Co ty powiedziałaś? – zapytał, gubiąc oddech.

Jasne oczy Dorianne rozszerzyły się w odpowiedzi na emanujący z niego gniew.

– Daj spokój, Ren, przecież to nic nie zmieni. – Uśmiechnęła się swoim najsłodszym uśmiechem i w kilku krokach dopadła do niego. – A my możemy wykorzystać tę okazję. – Miękko położyła dłoń na jego ramieniu. – Możemy wrócić na Wyspę Mgieł, możemy zaczerpnąć tam boskiej mocy, możemy… – zaklinała go, czarując, uwodząc, kłamiąc. Jej esencja, słodka palonym cukrem i kwaśna winnym octem, nabrała niespodziewanej mocy.

Raiden poczuł, że się dusi. Wziął jeszcze tylko trzy oddechy. Tylko tyle potrzebował, żeby podjąć desperacką decyzję i bez słowa zawrócić z drogi.

Nie pomylił się.

Przeciwnie, to wcześniej był skończonym głupcem. Nie do wiary, jak mógł żywić nadzieję, że Krąg ukarze wyłącznie jego. To byłoby zbyt prostolinijne, a była to przecież ostatnia cecha, jaką można by przypisać Siedmiu.

Dopadł do drzwi sali audiencyjnej spocony i sparaliżowany znajomym lękiem o to, że przybył zbyt późno. Tak jak wtedy, gdy siłą przedarł się przez zasłonę magii zapieczętowaną przez Zarię, licząc, że ocali Sigrun, tylko po to, żeby przekonać się, że ją zawiódł.

Gwałtownym szarpnięciem otworzył potężne odrzwia, a jego wzrok natychmiast natrafił na zmasakrowane ciało Kayo, boleśnie rozciągnięte na kamiennym stole, pośrodku komnaty. Jego zahartowane życiem wędrownego wojownika ramiona pokrywały nieskończone ilości precyzyjnych, długich nacięć, wykonanych tak, aby nasączona magią krew spływała do specjalnych, kryształowych naczyń, łudząco podobnych do sfer wykorzystywanych przez Łowców Mocy.

– Zostaw go! – warknął Raiden z niemal zwierzęcą furią rzucając się w stronę Zoticusa, prowadzącego ostrożnie nóż przez kolejną ranę maga. – To mnie powinieneś ukarać! – krzyknął tym razem do Aitora, nadzorującego tortury z wysokości rzeźbionego tronu.

– Powinienem? – Starzec zmarszczył czoło i oblizał wargi, jakby smakował to słowo. Jego ptasia grdyka zadrżała groźnie. – Nadal nie panujesz nad tym, co wychodzi z twych ust nowicjuszu. Ale nie obawiaj się, ty również otrzymasz swoją naukę. Ty także nauczysz się granic, które jak dotąd najwyraźniej nie były dla ciebie dość oczywiste, chłopcze – zapewnił go spokojnym, choć złowróżbnym tonem. – Twój mistrz nazbyt pobłażliwie podchodził do twoich błędów, a my nazbyt pobłażliwie podchodziliśmy do jego braku kontroli nad tobą.

Benat oparta dotąd niedbale o jedną z kolumn, teraz podniosła ciekawie głowę i ziewnęła przeciągle. Widać nawet tak krwawy spektakl z czasem zaczynał ją nudzić.

– Mógł cię powstrzymać – dodał oskarżycielskim tonem Zoticus.

– Mógł zwrócić się do nas – zawtórował mu zgodnie Gaspar.

– Mógł temu wszystkiemu zapobiec – dorzucił Indra, a w jego głosie pobrzmiewał żal.

Anisa przyglądała mu się tylko z rosnącym przerażeniem.

– Kayo nic nie mógł – wyrzucił z siebie z wściekłością Raiden. – Nie ma z tym nic wspólnego.

Aitor pokiwał niespiesznie głową.

– Nauczyciel w dwójnasób odpowiada za przewinienia ucznia.

– To ja jestem winny. Wyłącznie ja. – Raiden mocno zaakcentował każde słowo, nie patrząc już na swoich sędziów. Teraz nie mógł oderwać wzroku od swojego mistrza. – Dobrze to wiesz, wszyscy to wiecie. Znacie mnie przecież, moją naturę, wiecie, kim byłem i czym się stałem – przerwał, z trudem łapiąc kolejne, urywane oddechy. Ból poranionej duszy uderzył w niego z nową siłą. – Kayo w niczym nie uchybił swojej roli – podjął po chwili, głos mu drżał w napięciu – gdyby wiedział, on…

Aitor uciszył dalsze słowa władczym gestem, wstał od stołu i wyprostował się dumnie.

– Zasady Kodeksu nie pozwalają nam na pobłażanie takim występkom, nie pozwalają nam nawet na uwzględnianie opinii nowicjusza.

Mimo osłabienia, Raiden poczuł, jak krew mobilizuje marne strzępy jego mocy w reakcji na jego wzburzenie.

– Nie pozwolę wam go zgładzić! – rzucił przez zęby. Niemal bezwiednie zacisnął pięści, szukając jakiejś broni, jakiegokolwiek sposobu, żeby przerwać ten przerażający pokaz okrucieństwa. Jaka szkoda, że pozbawiono go ulubionych sztyletów. Teraz stał tu przed nimi bezbronny i bezsilny jak dziecko. Nawet jeśli nie przeżyłby starcia, to przynajmniej by ich poranił.

– Raiden, dość tego! – Prośba Gaspara pobrzmiewała protekcjonalnym ostrzeżeniem, jakby tak naprawdę wcale nie brał tej groźby na poważnie. Jednocześnie jednak wysunął się do przodu, zapewniając sobie możliwość obrony Aitora.

Raiden wydał z siebie chrapliwy dźwięk, coś pomiędzy wilczym warknięciem a żałosnym jękiem i zrobił coś absolutnie niewyobrażalnego. Skupił cały swój ból, całą rozpacz i siłę, całą samotność i nieugiętą siłę woli, wyrzuty sumienia i miłość do mistrza, a potem pozwolił im runąć niszczycielską lawiną i unicestwić własną, wybujałą dumę.

Padł przed Kręgiem na kolana. Jednak to nie oni go pokonali, to on pokonał sam siebie.

– Daruj mu życie. Zostawcie go. Błagam… – poprosił, zachrypłym z emocji głosem. – Poddam się waszej woli, poniosę karę, możecie nawet mnie zabić, jeśli to zmaże jego winy, nie dbam o to, ale zostawcie go w spokoju.

Spodziewał się drwin albo pustych słów pocieszenia, przekleństw i dalszych pompatycznych pouczeń. Zamiast tego dotarł do niego jednak spokojny, kompletnie oddarty z emocji ton Aitora, który ostatecznie pozbawił go resztek nadziei.

– Nie dbasz o własne życie? – zapytał z uśmiechem starzec. – Tym bardziej czas, aby docenił jego wartość. Życie maga nie przychodzi tanio. Najpierw popatrzysz na konsekwencje łamania zasad przez twojego mistrza, a potem kropla po kropli nauczymy cię doceniać dar, jaką jest moc płynąca w twoich żyłach.

Tym razem nie pamiętał bólu.

Zapewne cierpiał. Może nawet wył, jęczał i krzyczał, kiedy kolejny raz ekstraktowano z niego moc razem z krwią. Zoticus działał precyzyjnie, powoli i metodycznie. Tak powoli i metodycznie, że Raiden nabrał przekonania, że torturowanie go przynosiło mu jakąś perwersyjną, osobistą satysfakcję. Nie pamiętał, czy było coś, za co mag mógł się mścić. Być może mag po prostu lubił zadawać cierpienie.

Obudził się nie na łóżku, ale na zimnej, kamiennej podłodze swojej gościnnej komnaty, odrętwiały i kompletnie pusty w środku.

– Nie możesz tu zostać – poinformował go kobiecy głos.

Nie było w nim ani grama czułości, ani troski. Wyłącznie skupiona determinacja i rodzaj nieuchwytnego smutku, który uparcie drążył miejsce, zajmowane wcześniej przez jego serce.

Nie odpowiedział.

– Poprosiłam … o złagodzenie twojej kary – westchnął zmęczony głos. Znajomy, tak znajomy… Wytężył pamięć, uparcie nie otwierając oczu i wziął ostrożny oddech, smakując powietrze o zapachu wanilii i pieprzu z ledwie wyczuwalną nutą leśnych jagód. – Zamierzają wysłać cię na banicję, ale nie odzyskasz już mocy.

Otworzył oczy i zdecydował, że w zasadzie jest mu wszystko jedno. Po wszystkim, co się wydarzyło, niewiele rzeczy mogło mieć jakiekolwiek znaczenie. Jego życie, w banicji czy bez, nie było wyjątkiem. Twarz Bahry była ściągnięta nieopisanym bólem.

– Dlaczego mi pomagasz? Przecież ty i Kayo… – Kolejne słowa były zbyt bolesne, żeby wypowiedzieć je na głos, ale i tak zawisły jednak między nimi, jak milczące przyznanie się do winy.

Bahra wzięła płytki, gwałtowny oddech, a jej oczy zalśniły wzruszeniem.

– Kayo cię kochał. A ja kochałam jego – wyznała szczerze. Czy mu się wydawało, czy głos dumnej czarodziejki drżał? – Miłość za miłość, nie mam prawa się mścić.

– Tym bardziej masz do tego prawo. W końcu to przeze mnie go straciłaś. Zasłużyłem na twoją nienawiść. Zasłużyłem na śmierć – wyznał zupełnie spokojnie.

Bahra potarła czoło, a jej ramiona opadły smętnie. Wyglądała, jakby się poddała, ale Raiden wiedział, że to nie może być prawda.

– Pewnego dnia, chłopcze, zrozumiesz mój ból i moją decyzję – stwierdziła, zadzierając dumnie podbródek. – Pewnego dnia ty też pokochasz, a gdy ta miłość złamie ci serce i spali na popiół twoją dumę, pojmiesz, że choćbyś miał całą moc Siedmiu, w jej obliczu jesteś niczym. I kiedy już uznasz, że oddałbyś całą wieczność i całą swoją moc za tę miłość, zrozumiesz, że to nie magia, ani boska siła czyni cię potężnym. Dotrze do ciebie, że to nie Krąg sprawuje nad tobą władzę, tylko osoba, dla której warto to wszystko przekląć. – Słowa maegi zabrzmiały zupełnie nie jak groźba, ale przepowiednia, z których była znana.

Nie lżyła go, nie przeklinała… przeciwnie, choć nie mógł tego pojąć, pogrążona w żałobie czarodziejka starała się dodać mu otuchy.

 – Widzisz, Raiden, magia nie jest celem sama w sobie. To kłamstwo. Krąg tkwi w błędzie, bo jego członkowie zaślepieni potęgą, nie potrafią dostrzec potężniejszej siły, jaką tchnęli w nas bogowie. Kruchej jak wiosenne motyle i silniejszej od samej śmierci.

Raiden milczał. Nic już nie miało znaczenia po śmierci Sigrun i Kayo. Jedno i drugie straciło życie wyłącznie przez niego. Był dla nich przekleństwem. Był śmiercią. Każdy, kto był mu drogi, ostatecznie cierpiał i odchodził. Wziął oddech, płytki i ostrożny, bo przeszywający ból utrudniał jakikolwiek wysiłek.

– Jeżeli w istocie jest tak, jak mówisz, to znaczy, że miłość czyni z nas żebraków i głupców – zmusił się do krzywego uśmiechu.

Bahra patrzyła na niego z powagą właściwą tym, którzy przeżyli znacznie więcej, niż przeznaczono zwykłym śmiertelnikom.

– Żebraków i głupców, szaleńców i bohaterów. – Uśmiechnęła się lekko i zapatrzyła w przestrzeń, a Raiden zrozumiał, że ten uśmiech przeznaczony był dla Kayo, nie dla niego.

– A ja? Kim ja się stałem, przekreślając wszystko dla ratowania Sigrun? – zapytał zmęczonym, schrypniętym głosem. – Płaszcząc się bez honoru przed Aitorem w imieniu Kayo? Poddając w wątpliwość sens magii, Krąg, całe swoje życie? Bez mocy, bez nieśmiertelności, bez mistrza, bez celu…

Pokiwał bezsilnie głową. Naraz poczuł się tak słaby, tak potwornie słaby, samotny i pusty w środku jakby znów był tylko przerażonym chłopcem, katowanym bez litości przez wiecznie wściekłego ojca.

– Kimś, kto nie boi się zaryzykować wszystkiego dla kogoś, na kim mu naprawdę zależy. Kimś, dla kogo jest jeszcze nadzieja, właśnie dlatego, że wątpi, właśnie dlatego, że szuka czegoś więcej. Kimś, kto ma serce. – Tym razem Bahra nie uśmiechała się już do swoich wspomnień, tylko do niego, z otuchą i nadzieją, zrozumieniem i siłą.

Raiden zmrużył oczy i uśmiechnął się krzywo, nie dowierzając.

– Obawiam się, że moje serce już dawno temu zamieniło się w kamień.

Maegi pokręciła stanowczo głową, wzięła jego słabą i zakrwawioną dłoń w swoje ciepłe ręce i uścisnęła ją mocno.

– Kamienne serce potrafi krzesać ogień, chłopcze – zapewniła go z żarliwym przekonaniem. – Teraz tylko nie zmarnuj tego, co się w  tobie tli.

Chciał coś odrzec, ale twarz czarodziejki zaczęła się nagle rozmywać w gęstniejącym mroku komnaty. Usłyszał w dali echo kruczego krakania i pochłonęła go kolejna fala bólu, tak gwałtowna, że nie mógł mieć pewności, czy następne słowa należały do Bahry, czy może do kogoś zupełnie innego:

– W nieskończonej ciemności nawet odległe odbicie wątłej iskry może zastąpić słońce – szeptał cichy kobiecy głos – a ty bardzo potrzebujesz światła w swoim mroku.

Chciał odpowiedzieć… Było tyle spraw, które chciał jej wyjaśnić. Pozbawiony nieśmiertelności, oddarty z mocy i nadziei miał jednak ledwie siłę, żeby z największym trudem wyszeptać tylko dwa rozpaczliwe słowa, nie mając do końca pewności, czy powiedział je na głos, czy wybrzmiały jedynie w jego głowie:

– Uratuj mnie!

Copyright © Maria Zdybska
Copyright © for the cover art by Agnieszka Zawadka
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Redakcja i korekta: Ewelina Nawara
Okładka: Agnieszka Zawadka
Kraków, 2020