Monika Joanna Cieluch
Niepokorni: Ukojenie

 

Iga z wściekłością nakryła głowę poduszką, jęcząc przy tym z bezradności. Od ponad godziny walczyła, by zasnąć, ale impreza trwająca w mieszkaniu pod nią skutecznie jej to uniemożliwiała. Próbowała już stoperów i słuchawek z muzyką, jednak beat i prowadzone przez imprezowiczów dyskusje były na tyle głośne, że bez najmniejszych przeszkód przedzierały się zarówno przez zatyczki do uszu, jak i słuchawki z muzyką klasyczną. Przy okazji zauważyła, że Chopin średnio przyjemnie brzmiał w towarzystwie utworów hip-hopowych.

Zrzuciła z siebie poduszkę i spuściwszy nogi z łóżka przysiadła na jego skraju. Natychmiast do jej nozdrzy dotarł zapach dymu nikotynowego i marihuany. Podeszła do okna i zamknęła je zdecydowanym ruchem.

– Świetnie, a miało być tak pięknie… – wymruczała pod nosem na wspomnienie zapewnień właściciela agencji mieszkaniowej, który obiecał jej, doskonałą lokalizację, spokój i przyjaznych sąsiadów, z którymi dzieliła dom i ogród. Ze wszystkich tych obietnic jedynie ta pierwsza okazała się prawdziwa, pozostałe rzekome zalety lokalu można było obić o przysłowiowy kant tyłka.

Iga przeprowadziła się na Kigsmere street zaledwie cztery dni temu. Początki wydawały się całkiem przyjemne. Mieszkanie było słoneczne i pozbawione wilgoci, co należało do rzadkości, zważywszy na fakt, że znajdowało się na piętrze domu pamiętającego epokę wiktoriańską. Ciśnienie wody było znośne, kuchnia została doskonale wyposażona, a i nawet jeden z sąsiadów wzbudził początkowo jej sympatię. I nie chodziło o to, że ugięły jej się nogi, gdy dostrzegła młodego mężczyznę wychodzącego z pobliskiego parku, który idąc w jej stronę ściągnął przez głowę koszulkę, prezentując muskularną pierś niemal w całości pokrytą tatuażami. Nie. Polubiła go za otwartość i za to, że wydawał się być miłym chłopakiem. Pamiętała, że miał na imię Wiktor i że zaoferował jej pomoc w wnoszeniu pudeł na pierwsze piętro. Nie było tego sporo, ale Iga z wdzięcznością przyjęła jego propozycję i nawet wspólnie wypili miętową herbatę. Szybko jednak zmieniła o nim zdanie. Wiktor wraz z kolegami zajmował lokal, który znajdował się bezpośrednio pod jej mieszkaniem i którego drzwi niemal się nie zamykały. Przez ostatnie cztery wieczory Iga mierzyła się z odgłosami dziko uprawianego seksu, głośnej muzyki, krzyków, a to wszystko doprawione zostało efektownym bekaniem, smrodem marihuany i wrzaskami, które milkły dopiero w okolicach trzeciej nad ranem, sprawiając, że każdy kolejny dzień zaczynała z podkrążonymi oczami. Tak było i tym razem…

Miała tego serdecznie dość. Coś w niej pękło. Chwyciła bluzę, którą zarzuciła na siebie, i nie przejmując się tym, że ma na tyłku jedynie krótkie szorty od piżamy, boso zbiegła na parter budynku. Przystanęła przed drzwiami sąsiadów i dłonią zakryła nos, czując smród alkoholu i zioła doprawionego wonią nikotyny. Jak tak można żyć? – pomyślała i wolną ręką zastukała w drzwi. Gdy przez dłuższą chwilę nikt nie otworzył, a poirytowanie Igi sięgnęło zenitu, nieznacznie się odsunęła i zaczęła naprzemiennie uderzać w nie nogą i łokciem, próbując przebić się przez głośny beat, który odbijał się w jej głowie pulsującym bólem. Zatrzymała rękę w powietrzu, gdy spostrzegła uginającą się klamkę, i po chwili stanęła twarzą w twarz z Wiktorem. Czy ten chłopak zawsze chodzi bez koszulki? pomyślała, zatrzymując wzrok na przekłutych męskich sutkach. Różycki przejechał dłonią po nagiej klatce piersiowej i szerzej otworzył drzwi, zapraszając Igę do wnętrza mieszkania.

– Dzięki, nie skorzystam – powiedziała i groźnie marszcząc brwi, skrzyżowała dłonie na piersi. Dostrzegła wzrok Wiktora, który lubieżnie prześledził jej szczupłe nogi, i wprost nie mogła sobie podarować, by cicho nie parsknąć pod nosem.

– Na pewno? – Upił z butelki łyk polskiego piwa i jeszcze raz gestem ręki zaprosił Igę do środka. – Chodź, będzie wesoło. Nie masz dość samotności?

– Ja właśnie w tej sprawie – zaczęła, robiąc krok na przód. – Rozumiem, że zaczął się weekend, i że wesoło w waszym przypadku oznacza też głośno, ale od niemal tygodnia nie mieszkacie tu sami. Wiesz, co chcę powiedzieć?

– Nie bardzo… – Wiktor dłonią rozmasował kark i odwróciwszy się, odkrzyknął coś do chłopaka, który poganiał go, by jak najszybciej zakończył rozmowę. Wrócił wzrokiem do Igi i cierpliwie czekał na kontynuację z jej strony.

– Posłuchaj… – zaczęła, starając się zapanować nad rosnącą wściekłością. – Odkąd się tutaj wprowadziłam, nie mogę zmrużyć oka.

– Poczekaj, ale co ja mam z tym wspólnego? Boisz się ciemność, czy jak? – Uniósł najpierw prawą brew a zaraz po niej lewą.

Iga teatralnie przewróciłam oczami. Nie da się! No po prostu nie da się z tą patologią dojść do porozumienia! Trzeba naprawdę być ograniczonym, żeby nie umieć czytać między wierszami. A ona naiwna łudziła się, że do nich dotrze. Wyobrażała sobie, że zejdzie na dół, zapuka do drzwi, grzecznie poprosi o ściszenie muzyki, a sąsiedzi okażą się wyrozumiali i spełnią jej „nietypową prośbę”. Banda naćpanych idiotów…

– Ściany są cienkie, a u was muzyka dudni tak bardzo, że nie mogę spać.

– Jest weekend  – powiedział, jakby to tłumaczyło całą sprawę.

– Jasne, rozumiem, tylko że niektórzy jutro muszą być wyspani – zaatakowała nieco nerwowym tonem.

– Iga? Dobrze pamiętam? – spytał dla pewności i palcem poprawił oprawki okularów, które nieznacznie zsunęły mu się z nosa.

Potaknęła głową w odpowiedzi i wsunęła dłonie do kieszeni bluzy. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby za chwilę przyszło jej do głowy podrapać Wiktora ostrymi paznokciami.

– Zawsze nosisz kij w tyłku?

– Proszę? – Zszokowana wypowiedzią mężczyzny poczuła, jak zagotowały się w niej emocje. Była pewna, że poczerwieniała na twarzy niczym truskawka w pełnym słońcu. A jeszcze cztery dni temu sprawiał wrażenie miłego… Idiota!

– Mój tyłek, moja sprawa – warknęła. – Nie musisz być arogancki. Przyszłam tylko grzecznie poprosić, żebyście ściszyli muzykę, a ty od razu wyjeżdżasz…

– Zatrzymaj się, księżniczko – przerwał Idze w połowie zdania. – Poruszyłaś istotną kwestię. Powiedziałaś, że przyszłaś poprosić, rzecz w tym, że nie słyszałem wspomnianego „proszę”.

– Wiktor, idziesz?

Iga wspięła się na czubki palców i znad ramienia Różyckiego dostrzegła wysoką blondynkę stojącą na korytarzu w ogrodniczkach, pod którymi skrywała jedynie biustonosz. Jej ciało w całości pokrywały tatuaże, w lewej brwi widniały liczne kolczyki, a pomiędzy palcami dłoni tlił się cienki papieros.

Boże, gdzie ja trafiłam?

– Zaraz! – odpowiedział, następnie postawił butelkę z piwem na podłodze i oparł rękę o futrynę, dokładnie nad głową Igi. Ku jej zaskoczeniu zbliżył swoją twarz tak bardzo, że niemal naruszył jej prywatną przestań.

Dostrzegła, że miał wyjątkowe oczy. W życiu nie widziała równie czarnych tęczówek. Miała wrażenie, że się w nich zapadała, w dodatku z każdą chwilą coraz bardziej. Otulił ją zapach jego perfum, który nieznacznie przebił się przez woń nikotyny i odór alkoholu. Widziała, jak podryfował wzrokiem w kierunku jest ust, i instynktownie zwilżyła je językiem, by ostatecznie zagryźć zębami dolną wargę. Uśmiechnął się, a ona przez krótką chwilę próbowała zgadnąć, o czym myślał. Już miała schować do kieszeni własną butność i honor, by ponownie poprosić o ściszenie muzyki, wszak o niczym nie marzyła tak bardzo, jak o przespaniu ciągiem sześciu godzin, gdy Wiktor pochwycił w palce jej podbródek i nieznacznie unosząc go w górę, powiedział:

– Więc jak będzie, księżniczko? Spróbujesz jeszcze raz? Może dopisze ci szczęście. – Mrugnął okiem.

Wiedziała, do czego zmierzał. Chciał ją upokorzyć, zawstydzić, pobawić się jej kosztem. Znała takie zachowanie. Miała to wątpliwe szczęście, że od dnia, w którym przyleciała do Londynu, bezustannie trafiała na palantów. I jeden z nich właśnie stał przed nią, próbując wymusić na niej pożądane zachowanie. Niech to szlag! – pomyślała. Nie będzie prosiła o coś, co jej się należy! Było grubo po północy i od dobrej godziny trwała cisza nocna. Uwolniła swój podbródek z dotyku jego ciepłych palców i wciąż patrząc mu w oczy, wysyczała przez zęby:

– Pieprz się, Wiktor.

Odwróciła się i odprowadzana jego głośnym śmiechem ruszyła schodami w stronę swojego mieszkania, a gdy przekroczyła próg, chwyciła w dłoń telefon i już miała zadzwonić na policję, gdy nagle stało się coś niewyobrażalnego… Zapanowała cisza. Błoga, kojąca cisza, dokładnie taka, o której marzyła przez ostatnie cztery dni. Odetchnęła z wyraźną ulgą, odłożyła telefon na szafkę nocną, zrzuciła z siebie bluzę i wsunęła się pod kołdrę. Zdążyła wygodnie ułożyć głowę na poduszce i przymknąć powieki, gdy po pomieszczeniu poniósł się hałas, jakby ktoś uderzał czymś w jej sufit.

– Słodkich snów, księżniczko!

Dobiegł ją wyraźny głos Wiktora. Zacisnęła zęby, a wraz z nimi pięści, i zanim zasnęła, cichutko wyszeptała:

– Jeszcze mnie popamiętasz, Różycki…

***

Iga czuła się rozczarowana. Odpadła z eliminacji do The Royal Ballet. Miała do siebie żal, głównie o to, że nie mogła się skupić. Była niewyspana, podenerwowana i zupełnie zdekoncentrowana. Długie miesiące prób spaliły na panewce. Jak tak dalej pójdzie, to do końca życia będzie stała za barem i wypełniała kufle piwskiem. Otarła rękawem bluzki łzy, które spłynęły po jej wciąż zaróżowionych na skutek emocji policzkach, i obiecała sobie, że jesienią, gdy ruszy kolejny nabór, będzie gotowa. Musi być. W końcu po to przyleciała do Londynu…

Wyskoczyła z autobusu i ruszyła w stronę wynajmowanego mieszkania. Dostrzegła Wiktora zmierzającego dokładnie z naprzeciwka i przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie powinna skręcić do sklepu pod pretekstem zakupienia butelki wody, by uniknąć spotkania z nim. Nie miała ochoty na jego uszczypliwości. Była na to zbyt zmęczona i załamana. A gdy snuła plan dyskretnego uniku, Wiktor posłał w jej stronę szeroki uśmiech, a następnie oparł się o murek, wyraźnie na nią czekając. Nabrała powietrza do płuc, zacisnęła dłoń na pasku torebki i minąwszy go z obojętnością, podeszła do drzwi, by włożyć klucz do zamka.

– Dlaczego jesteś niewyraźna, księżniczko?

Nie odpowiedziała. Chciała znaleźć się już w swoim mieszkaniu, by móc w końcu się porządnie wypłakać. Potrzebowała tego. Łzy zawsze leczyły duszę, były jak katharsis, które przynosiło ulgę, nawet jeśli trwała ona zaledwie chwilę.

– Hej! – Wiktor chwycił ją za ramię i zmusił do spojrzenia na siebie. – Wszystko w porządku?

Iga najpierw zmierzyła go wrogim spojrzeniem, które następnie utkwiła w palcach zaciskających się wokół jej przedramienia, a gdy uścisk Wiktora złagodniał, wyszarpnęła się i zniknęła na schodach prowadzących na piętro.

Wiktor jeszcze przez chwilę spoglądał w górę, aż w końcu pokręcił z rozbawieniem głową i burcząc pod nosem, nazwał ją wariatką, po czym wszedł do wynajmowanego mieszkania.

***

Obudził go krzyk, tak wyraźny, jakby ktoś wrzeszczał mu nad uchem. W nerwowym zrywie wyskoczył z łóżka i stanął na środku pokoju, próbując odnaleźć się w sytuacji. Ewidentnie ktoś wzywał pomocy. Księżniczka… Tak, to na pewno była ona. W pośpiechu wciągnął krótkie spodenki, przetarł zaspaną twarz dłońmi, założył okulary i opuścił pokój, kierując się na piętro budynku. Zapukał w drzwi, które następnie pchnął zdecydowanym ruchem, i jakby nigdy nic wtargnął do jej mieszkania. Zapalił światło w korytarzu i udał się w stronę sypialni.

– Iga? Wszystko w porządku? – powiedział dość głośno, chcąc ją uprzedzić o swojej obecności.

– Jestem tutaj! – krzyknęła, niemal krztusząc się płaczem.

Wiktor otworzył drzwi sypialni i skonsternowany zatrzymał się w progu. Iga stała na swoim łóżku, ubrana w damskie bokserki i sportowy stanik, przyklejona do ściany w taki sposób, jakby ją do niej przyssało. Była przerażona i zajebiście seksowna. Pierwszy raz w życiu widział tak cudowne kobiece ciało. Jej piersi gwałtownie wznosiły się i opadały targane ponaglanym przez adrenalinę oddechem, a mięśnie zgrabnych nóg napięły się, ukazując swój kształt. Nie mógł oderwać od niej wzroku.

– Wbiegł pod szafę! – krzyknęła, a Wiktor natychmiast powrócił do rzeczywistości.

– Co? – Zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc.

– Szczur! Jest pod moją szafą! Zabierz go stąd!

Drżała tak bardzo, że przez chwilę bał się, że dostała jakiegoś ataku paniki. Zapalił światło, bo lampka nocna oświetlała tylko łóżko Igi, i ostrożnie podszedł do dwudrzwiowej, solidnej szafy.

– Spokojnie – powiedział dokładnie w chwili, w której przykucnął, by sprawdzić, czy oby na pewno kobiecie się nie przywidziało. – Nic tu nie ma, księżniczko. Jesteś pewna, że to był szczur? Nie jesteś przypadkiem szczęśliwą posiadaczką chomika? – Nie mógł sobie darować. Pod szafą nie znalazł żadnego gryzonia, natomiast przerażenie Igi nie malało. Wciąż stała jak przyssana do ściany, nie wykonując żadnego ruchu.

– Nie mam chomika, to był szczur, ogromny, i nie nazywaj mnie księżniczką – powiedziała na jednym wydechu.

Wiktor spojrzał na Igę, starając się ukryć swoje rozbawienie. Pomyślał, że chyba właśnie poczuł do niej cienką nić sympatii.

– Dobrze, księżniczko. – Chwycił za klamkę szafy z zamiarem otworzenia jej dokładnie w chwili, gdy spod łóżka dziewczyny wybiegł szczur.

Iga krzyczała w niebogłosy i dłońmi zasłoniła oczy. Wiktor zerwał się, by zamknąć drzwi pokoju, ale gryzoń był szybszy i czmychnął na korytarz.

– Cholera! – przeklął pod nosem.

– Co się stało?

Odwrócił się i spostrzegł, że dziewczyna delikatnie rozsunęła palce dłoni i spoglądała w jego kierunku z wyraźnym przerażeniem.

– Uciekł na korytarz. Teraz to może być wszędzie.

– O Boże! – jęknęła i opuściła ręce wzdłuż ciała.

– Mam w ogródku pułapkę. Pójdę po nią – zaproponował. – Do rana na pewno się w nią złapie.

– Nie! – krzyknęła, zatrzymując Wiktora w pół kroku. – Nie zostawiaj mnie samej…

– Wrócę za minutę.

– Proszę – powiedziała tak błagalnym tonem, że na moment zrobiło mu się jej żal.

– Chcesz iść ze mną do ogródka? Tam to dopiero jest szczurów. Nocą aż się od nich roi.

– O matko! – Skrzywiła się tak bardzo, że Wiktor musiał przygryźć wnętrze policzków, by nie parsknąć śmiechem. – Gdzie ja się wprowadziłam…

– Nie chcę cię martwić, księżniczko, ale szacuje się, że w Londynie żyje ponad pięćdziesiąt milionów szczurów, tak więc powinnaś się przyzwyczaić do tej myśli.

Zauważył, jak Iga momentalnie pobladła i zrozumiał, że przesadził. Teraz naprawdę zrobiło mu się jej żal. Była przerażona, a on stroił sobie z niej żarty. Podszedł do szafy, wyjął z niej bluzę i wyciągnął rękę w stronę Igi.

– Strzepnij ją i sprawdź rękawy – powiedziała, wciąż drżąc ze strachu.

– Że co? – spytał, nic nie rozumiejąc.

– Sprawdź, czy nie ma go w rękawach i kapturze.

– Przecież widziałem, jak spieprzył na korytarz. – Zaśmiał się.

– A masz pewność, że był jeden?

Wiktor odpuścił. Zacisnął usta w cienką linię i, tak jak życzyła sobie Iga, dokładnie sprawdził rękawy i kaptur bluzy, po czym ponownie wyciągnął rękę w jej stronę, mówiąc:

– Bezpieczna, możesz ją ubrać.

– Dziękuję – powiedziała nieco ciszej, zawstydzona swoim zachowaniem.

Wiktor zgodnie z prośbą sąsiadki zajrzał również do jej adidasów, następnie sprawdził korytarz i gdy po stokroć zapewnił ją, że teren jest czysty, Iga z przerażeniem na twarzy zeszła z łóżka i bez pardonu przylgnęła do Wiktora, oburącz obejmując jego przedramię. Miał ochotę to skomentować, powiedzieć coś w stylu: „od zawsze wiedziałem, że na mnie lecisz”, ale w ostateczności ugryzł się w język. Sprowadził kobietę po schodach i zostawił ją w salonie swojego mieszkania, które dzielił z dwoma kumplami, sam zaś udał się do ogródka, by po chwili wrócić z łopatą w ręku i pułapką na szczury.

– To coś ma go złapać? – spytała, wbijając wzrok w kartonową pułapkę wielkości zeszytu.

– Tak. Wbrew pozorom, to najskuteczniejsze pułapki. Rozkładasz ją, zostawiasz na podłodze, a jej zapach wabi szczura. Gdy na nią stanie, przyklei się do niej i już po delikwencie. – Wyjaśnił.

– A po co ci łopata? – dociekała.

– Jak już się przyklei, to trzeba go dobić.

– Dobić? – zapytała z przerażeniem, a Wiktor miał wrażenie, że słyszał, jak z trudem przełknęła ślinę, która zapewne stanęła jej gulą w gardle.

– No tak. Jeden cios łopatą i po nim.

– Słuchaj, a nie masz może takiej pułapki, co to zamyka szczura w swoim wnętrzu i potem można go wywieźć na przykład gdzieś nad kanał? Nie chciałabym go zabijać. – Spojrzała na Wiktora spod długich rzęs, on zaś po raz pierwszy pomyślał, że w całym tym swoim dziwactwie Iga była cholernie urocza.

– Posłuchaj, księżniczko, mam taką pułapkę, natomiast zupełnie nie mam czasu na zapierdaczanie nad kanał, by wypuścić gryzonia na wolność. Jeśli chcesz, to możemy go złapać w klatkę, a ty przespacerujesz się z nim nad kanał. Deal?

Iga przyłożyła rękę do serca, jakby się czegoś przeraziła.

– Wiesz… To może zostańmy przy tej pułapce z klejem. – Potaknęła głową i ciaśniej owinęła się bluzą.

Zaledwie chwilę później Iga siedziała na swoim łóżku bacznie obserwowana przez Wiktora, który zajął miejsce w fotelu dokładnie na wprost niej. Była wdzięczna za jego obecność, ale nie miała zamiaru mu o tym mówić. Nie chciała, żeby źle odebrał jej słowa. Owszem, podobał jej się, ale na chwilę obecną nie mogła pozwolić sobie na bliższą relację. Musiała skupić się na swoim celu, a co za tym idzie powinna wyzbyć się wszelkich pokus, które skutecznie odciągałby ją od pracy nad jego osiągnięciem.

– To jak, opowiesz mi, co takiego się wydarzyło wczorajszego dnia, księżniczko? Minę miałaś nietęgą. – Podsumował i pochylając się do przodu, oparł łokcie o kolana.

Iga przez chwilę zastanawiała się, czy postąpi rozsądnie, opowiadając o sobie. Nie lubiła otwierać się przed ludźmi, których dobrze nie znała. Czuła przed tym obawę. Nigdy nie miała pewności, jak potoczą się ich wspólne losy i który z ujawnionych przez nią faktów zostanie wykorzystany przeciwko niej. Zawsze była ostrożna, ale tym razem złamała własne zasady. Może wymusił to na niej strach? A może spojrzenie czarnych jak węgiel oczu? Poczuła, że Wiktorowi mogła zaufać.

– Nie przeszłam eliminacji do The Royal Ballete. – Wzruszyła ramionami, następnie podciągnęła kolana pod brodę i otuliła je rękoma.

– Tańczysz? – spytał, wyraźnie zainteresowany tym faktem.

– Od dziecka. Przyjechałam do Londynu właśnie w tym celu, a wczoraj… po prostu nie wyszło. Byłam zbyt zdenerwowana i niewyspana. – Gdy wypowiedziała ostatnie zdanie, zabłądziła wzrokiem gdzieś w okolice ust Wiktora.

– Przykro mi. Ale chyba nie zrezygnowałaś ze swoich planów? To oczywiste, że najpiękniejsze rzeczy rodzą się w bólu, a realizacja marzeń nigdy nie jest łatwa.

– Tak myślisz? – Przechyliła nieznacznie głowę i zadumała się nad słowami Wiktora.

– Tak – zapewnił. – Co by to było za marzenie, gdyby jego realizacja nie była okupiona poświęceniem i determinacją? Wówczas nie cieszyłabyś się, gdybyś spełniła swoje pragnienie bez pokonania kłód, które rzucał ci los pod nogi.

– Masz rację. W październiku jest kolejny nabór. Spróbuję jeszcze raz. – Wsunęła kosmyk ciemnych włosów za ucho i po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru się uśmiechnęła.

Wiktor pomyślał, że miała piękny uśmiech, szeroki i nieskazitelnie biały, który idealnie kontrastował z kruczoczarnymi włosami. W ogóle Iga była śliczna. Nie żeby nie zauważył tego od razu, ale teraz, gdy tak siedziała na wprost niego w nieznacznej odległości, mógł dostrzec jej kuszący erotyzmem pieprzyk, który tkwił nad górną wargą, i kilka piegów na nosie, a w brązowych oczach kolor złotego karmelu, który chwilami przelewał się przez ocean czekolady. Tak… Była piękna, i na swój sposób urocza.

– Co to było? – wyszeptała przerażona.

– Co?

– Coś słyszałam.

– Zostań tu. Sprawdzę.

Wiktor wstał, chwycił w dłoń łopatę i opuścił sypialnię, zamykając za sobą drzwi.

Iga w zdenerwowaniu wyczekiwała rozwoju sytuacji. W pewnej chwili usłyszała huk, a zaraz po nim dobiegł ją głos Wiktora:

– Już po wszystkim, księżniczko!

Odetchnęła z ulgą i poczuła, jak zeszło z niej całe ciśnienie. Wciąż siedziała na skraju łózka, gdy Wiktor zapakował szczura w worek i wyniósł go do śmietnika. Słyszała, jak wrócił po chwili, następnie skierował swoje kroki do łazienki i umył ręce, o czym świadczył dźwięk wody dudniący w rurach i odgłos pracującego bojlera, a gdy ponownie wszedł do jej sypialni, drżącym głosem zapytała:

– Czy mógłbyś zostać na noc? Nie uspokoję się dopóki nie sprawdzę całego mieszkania i nie nabiorę pewności, że nie ma ich tu więcej.

Był niemal pewien, że się przesłyszał. Jak na noc? Miał spać z nią w jednym pokoju? W jednym łóżku? Niee… Nie mógł… Znał siebie. Nie utrzyma rąk przy własnej dupie. Jeśli zostanie na noc, to daje sobie trzydzieści minut. Po tym czasie albo eksplodują mu jaja, albo Iga sama wyrzuci go z pokoju.

– Proszę. – Patrzyła na niego błagalnym wzrokiem. – Tylko na jedną noc. Obiecuję, że ci się odwdzięczę.

Poczuł dyskomfort w portkach na sam wydźwięk wypowiedzianych słów. Odwdzięczy mu się? Skoro sama nalegała, to byłby głupcem, gdyby nie wykorzystał okazji. Zrzucił z nóg buty, następnie zsunął z siebie spodenki i golusieńki, tak jak go Pan Bóg stworzył, wsunął się pod kołdrę Igi. Widząc jej reakcję, niemal udusił się powstrzymywanym śmiechem. Przysiągłby, że zanim odwróciła się do niego plecami, cicho wyszeptała: „Święta Panienko”…

Czuł, że ta noc na długo pozostanie w pamięci Igi, i to nie tylko z powodu włochatego gryzonia.

DALSZE LOSY BOHATERÓW POZNACIE W KSIĄŻCE „MĘŻCZYZNA Z PRZESZŁOŚCIĄ”.

Niepokorni: Ukojenie
Copyright © Monika Joanna Cieluch
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.