Monika Joanna Cieluch
Niepokorni: Początek

 

Hanna Malicka czuła niepokój. Dochodziła godzina dwudziesta druga i ciężka mgła spowiła całą wieś. W powietrzu unosił się zapach schnącego na rusztowaniach tytoniu, a rechot żab dorównywał cykaniu świerszczy, które dzisiejszego wieczoru wybrzmiewało wyjątkowo wyraźnie.
Ponownie spojrzała na podświetlaną tarczę zegarka zaskoczona spóźnieniem Jakuba. W dłoniach wciąż trzymała papierowe pudełko przyozdobione niewielką kokardką srebrzącą się w ciemności, wewnątrz którego znajdował się prezent urodzinowy, w którego wykonanie włożyła całe swoje serce. Uśmiechając się smutno, odnalazła błyszczące spojrzenie przyjaciela, który równie zniecierpliwiony wyczekiwaniem rozglądał się po wsi osnutej atramentową nocą.
– Już dawno powinien tu być. Myślisz, że coś mu się stało? – spytała. Poczuła, jak jej niespokojne serce zamarło na krótką chwilę udręczone obawami o los Jakuba.
– Widziałem, jak pomagał matce w polu. – Olly ruchem głowy wskazał w kierunku gospodarstwa Jasińskich. – Na pewno zasnął wykończony dzisiejszym dniem. Jestem pewien, że nic mu nie grozi.
Hania pomyślała, że chciałaby móc zawierzyć jego słowom. Mieć w sobie tyle samo nadziei, że Jakub był bezpieczny, a jego nieobecność była wynikiem zwykłego zmęczenia.
– Wracajmy do domów, nim komary zeżrą nas żywcem – zaproponował. Z chwilą, w której wymówił zdanie, ręką potarł kark, na którym poczuł ukąszenie insekta.
– Poczekajmy jeszcze pięć minut. Może nie mógł się wymknąć niezauważony? Wiesz, jak nieobliczalny potrafi być jego ojciec.
– Dobrze, poczekajmy, ale jeśli się nie zjawi, odprowadzę cię do domu.
– Olly, a może…
– Nie, Hanka – doskonale wiedział, do czego zmierzała. – Nie będziemy nigdzie chodzić po nocach. Jest zbyt późno. Jeśli się nie pojawi, to najwyraźniej śpi lub nie może wyjść. Koniec tematu. − Dodał naburmuszonym tonem i wsunął ręce w kieszenie dżinsowych spodni.
Hania ucichła. Tęsknym wzrokiem spojrzała w stronę tak dobrze znanego jej gospodarstwa, próbując dostrzec w ciemności jakikolwiek ruch, który byłby zapowiedzią pojawienia się Jakuba. Z rozczarowaniem, które przelało się przez jej niespokojne serce, nie spostrzegła nic poza szumiącymi jabłoniami, których gałęzie wdzięcznie tańczyły poruszane wczesnojesiennym wiatrem.

***

Dwadzieścia minut później, Hania stała na ganku domu rodzinnego i przyglądała się sylwetce Olly’ego, która z każdym jego krokiem stawała się coraz słabiej widoczna zupełnie, jakby ciemność nocy wchłaniała ją w swoje odmęty.
Miała złe przeczucia. Gdzieś w swoim wnętrzu czuła niepokój. Coś musiało się stać. Jakub zawsze dotrzymywał danego słowa, a przecież nie dalej jak wczoraj obiecał jej, że spotkają się w sadzie, by następnie uczcić jego dziewiętnaste urodziny.
Posłuchawszy intuicji, po cichutku wkroczyła do werandy, by z wieszaka zabrać kardigan, który na drutach zrobiła dla niej pani Maria. Zarzuciwszy go na ramiona, w kieszeń wsunęła pudełko z kokardką i zamknąwszy za sobą drzwi, niespostrzeżenie opuściła mieszkanie. Przemierzała spowite mgłą łąki, chcąc jak najszybciej dotrzeć do gospodarstwa Jasińskich. Nie zważała na to, jak późną porą przyjdzie jej zastukać w drzwi sąsiadów – zupełnie się tym nie przejmowała. Ponad wszystko musiała upewnić się, że Jakub był bezpieczny.
Przystanęła przed domem Jasińskich zaskoczona panującą w nim ciemnością. A może Olly miał racje? Może Kuba po ciężkim dniu pracy w polu nie miał ochoty na zabawę w pobliskiej dyskotece i spał bezpieczny w swoim łóżku? Niepewna swojej decyzji ujęła w dłonie szyszkę, którą następnie celnie rzuciła w okno znajdujące się na piętrze budynku. Nic. Cisza… Ponowiła próbę. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, podeszła do drzwi i delikatnie w nie zastukała. Odgłos zbliżających się kroków poprzedził dźwięk ustępującej zapadki zamka i w półmroku dostrzegła kontur kobiecej postaci.
– Haniu, dziecko kochane, co ty tu robisz o tak późnej porze? – Maria szeptała tak cicho, że do Hani z trudem docierały jej słowa.
– Ja do Kuby. Byliśmy umówieni…
– Kubuś śpi.
– Wszystko z nim w porządku? To do niego niepodobne. Czy mogę się z nim zobaczyć? – Nie czekając na zaproszenie, dziewczyna zrobiła krok, chcąc przekroczyć próg mieszkania, jednakże Maria jej to uniemożliwiła.
Hani na krótką chwilę zatrzymało się serce. Jeśli jeszcze przed momentem miała wątpliwości co do słuszności swojej wizyty o tak późnej porze, to teraz się ich pozbyła. Zachowanie Marii było niepokojące. Odniosła wrażenie, że pani Jasińska próbowała przed nią coś ukryć. W natłoku galopujących w jej umyśle niespokojnych myśli, ta jedna dotycząca Jakuba, wychodziła na prowadzenie. Nie chcąc zostać odprawioną, wyciągnęła dłoń i ponad głową kobiety odnalazła włącznik światła. Z chwilą, w której żółta poświata rozdarła półmrok nocy, Hania wstrzymała oddech. A jednak! Miałam rację – pomyślała.
– Boże kochany… – Zdołała jedynie wyszeptać, zanim szloch wstrząsnął jej filigranowym ciałem. Podbite oko pani Marii przybrało fioletowej barwy, a spuchnięta warga naznaczona była śladami zaschniętej krwi.
– Haniu, idź do domu, proszę – nalegała Jasińska, z niepokojem spoglądając przez ramię.
– To on, prawda? To pan Jasiński…
– Idź już drogie dziecko. Idź, bo jeszcze go zbudzisz i…
– Nie boję się go! – wyznała Hania pomiędzy kolejnymi seriami szlochu. – Chcę zobaczyć Kubę. Przecież dzisiaj są jego urodziny.
– Wróć za kilka dni. Najlepiej w przyszłą sobotę. Upiekę szarlotkę, może nawet tort i będziemy świętować. A teraz wracaj do domu, Haniu, bo…
– Jakub! Kuba! – krzyknęła głośno i mimo protestów Mari wkroczyła do korytarza dokładnie w chwili, w której u szczytu schodów rozjaśniało światło. Z drżącym sercem obserwowała, jak wyraźnie obolały Kuba, z ostrożnością pokonywał stare, naznaczone zębem czasu jesionowe schody.
Oczy Hani zaszły łzami. Widok poobijanego ukochanego, który wciąż mrużył powieki przed zbyt jasnym światłem, krajał jej serce. Miała ochotę wbiec na górę, doskoczyć do pana Jasińskiego i krzyczeć, drapać, kopać i bić aż opadłaby z sił. I zrobiłaby to! Jak Bóg jej świadkiem, zrobiłaby to, gdyby nie ramiona Jakuba, które z ostrożnością przyciągnęły ją do siebie. Schowała mokrą twarz w ciepłym, pulsującym miejscu znajdującym się pomiędzy jego ramieniem a uchem i zatopiła się w zapachu, który od lat kojarzył jej się właśnie z nim: z chłopakiem z sąsiedztwa, który skradł jej serce.
– Nie krzycz, Haniu. Nie krzycz, bo go zbudzisz – szeptał, delikatnie głaszcząc jej drżące od płaczu plecy.
– Wiedziałam, że coś się stało. Czekałam na ciebie i czułam… czułam całą sobą, że jesteś w niebezpieczeństwie.
– Daj spokój, to nic poważnego. Kilka siniaków i…
Uniosła głowę i odnalazła czerń jego tęczówek. Kochała Jakuba tak bardzo, że aż sprawiało jej to ból. Myśl, że w chwili, w której ona szykowała się na wieczór z nim i Ollym, Kuba odbierał ciosy wymierzane mu przez ojca, wbiła się w jej serce niczym ostre narzędzie.
– Kilka siniaków?! Na co chcesz czekać? Aż cię zabije? – Wyswobodziła się z ramion ukochanego i drżąc na skutek emocji, dryfowała nerwowym wzrokiem od Jakuba do wyraźnie skrępowanej pani Marii.
– Trzeba zawiadomić policję. Nie można tego tak zostawić.
– Żadnej policji, Hanka. Sami sobie poradzimy ze swoimi problemami.
– Daj spokój, Jakub, nie zgrywaj bohatera! Pani Marysiu – zwróciła się do matki Kuby, która próbowała ukryć posiniaczone nadgarstki, krzyżując ręce na piersi. – Mój tato z pewnością wam pomoże. Porozmawiam z nim i dziadkiem. Może nawet zamieszkacie u nas, dopóki sprawa się nie wyjaśni.
– Nie, nie zgadzam się – zaprotestowała Maria. – Nie chcę, żebyś wtajemniczała w to twojego ojca. Haniu, obiecaj mi, że to, co zobaczyłaś dzisiejszego wieczoru, wciąż pozostanie naszym sekretem.
– Ależ pani Mario…
Jasińska podeszła do Hani i zimnymi dłońmi otuliła jej mokre policzki.
– Obiecaj mi, dziecko, że słowem nie wspomnisz o tym swojemu ojcu.
Po policzkach Hani ponownie spłynęły łzy. Maria zauważyła, z jaką siłą dziewczyna zacisnęła usta, zupełnie jakby chciała w ten sposób zmusić się do zatrzymania słów, które, gdyby z nich wyszły, z całą pewnością nie należałyby do tych najmilszych.
– Obiecaj mi, proszę.
– Dobrze, pani Marysiu, będę milczała, ale musimy coś z tym zrobić.
– Tak, masz rację, musimy coś z tym zrobić. – Maria złożyła czuły pocałunek na czole dziewczyny i dostrzegłszy syna zawiązującego buty, uśmiechnęła się smutno. – Synu, bluzę załóż. Noc jest dzisiaj wyjątkowo chłodna.
Jakub wyprostował się i z wieszaka sięgnął starą, znoszoną bluzę. Zapiąwszy zamek, posłał pełne troski spojrzenie w kierunku swojej matki.
– Będę w pobliżu, gdyby coś się działo…
–Spokojnie, zapewne będzie spał przez kilka najbliższych godzin. – Maria troskliwym gestem poprawiła synowi kaptur, z bluzy zaś zdjęła biały pyłek. – Idźcie i nacieszcie się sobą. Tylko proszę, uważajcie. – Zatopiła wzrok w splecionych dłoniach nastolatków. Wciąż pamiętała, co znaczy młodzieńcze pożądanie i jak czasami trudno było jej w tym okresie życia w sprawach tak wyjątkowych, jak dzielenie bliskości z drugim człowiekiem zachować rozsądek i wstrzemięźliwość. Nie chciała, by syn powielił jej błędy. Pragnęła, by jego życie wyglądało inaczej niż to, które wiodła ona sama. Przez dłuższą chwilę przyglądała się, jak Hania wtulona w bok Jakuba przemierzała podwórze. W pewnym momencie Kuba przystanął i szybkim ruchem ściągnął z linki koc, który wyprała wieczorową porą. Maria wiedziała, że dzisiejszej nocy za sprawą podjętej przez Jakuba decyzji świat Hani wywróci się do góry nogami. Boże, czuwaj nad tą dziewczyną – wyszeptała, zamykając drzwi mieszkania.

***

Hania wsłuchiwała się w bicie serca człowieka, który był dla niej wszystkim. Z przerażeniem spostrzegła, że dzisiejszego wieczoru biło ono zupełnie inaczej: bardziej niespokojnie.
Siedząc w starej stodole, wtulona w jego ramiona, w milczeniu wyczekiwała tego, co miało nastąpić. Dłoń mężczyzny wsunięta pod jej kardigan wyjątkowo zmysłowo wędrowała po wrażliwym brzuchu Hani, a ciepły oddech Jakuba przyjemnie ogrzewał jej policzek.
– Często cię bije? – spytała, a jego palce zamarły w bezruchu.
– Nie chcę o tym rozmawiać.
– Przecież wiesz, że ze mną możesz mówić o wszystkim, prawda?
– Wiem.
– To, dlaczego ukrywałeś prawdę?
– Nie chciałem cię martwić.
– Głupie wytłumaczenie – skwitowała, na co Jakub zabawnie parsknął pod nosem.
– Mam coś dla ciebie. – Hania wyswobodziła się z objęć Jakuba i przykucnęła na kocu dokładnie przed nim. – Mam nadzieję, że ci się spodoba.
– Masz dla mnie prezent? – spytał, unosząc prawą brew w górę.
– I to jaki! – Hania mrugnęła okiem, a Jakub na widok przygryzionej dolnej wargi poczuł nieprzyjemny dyskomfort w spodniach. Zupełnie odruchowo wsunął dłonie pod kwiecisty materiał sukienki i nabrał do płuc dużego haustu powietrza, gdy poczuł ciepło aksamitnej skóry. Zacisnąwszy palce na zgrabnych udach, przyciągnął Hanię do siebie i wprost w jej usta wyszeptał:
– Nie potrzebuję prezentu, gdy jesteś w pobliżu.
Hania patrzyła na niego z miłością. Ostrożnie uniosła dłoń i drżącymi palcami prześledziła podbite oko i rozcięty łuk brwiowy, na którym złożyła delikatny pocałunek. Chciała powiedzieć coś, co sprawiłoby, że wydarzenia dzisiejszej nocy odeszłyby w niepamięć, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów.
– Jeżeli jeszcze raz podniesie na ciebie rękę, to przysięgam, że mu tego nie podaruję. Zabiorę cię do siebie i nigdy nie pozwolę mu cię tknąć.
– Twój ociec nie posiadałby się z radości – zaśmiał się Jakub. – Przecież wiesz, że ma o mnie nie najlepsze zdanie.
– No to będę zmuszona trzymać cię w szafie.
– W szafie?
– Tak, w szafie. Będziesz siedział w niej, dopóki twój ojciec nie zgodzi się na odwyk albo dopóki mój nie pójdzie po rozum do głowy. – parsknęła, zabawnie przy tym przewracając oczami.
Jakub językiem zwilżył spierzchnięte usta i powędrował wzrokiem od oczu Hani do jej warg w kolorze granatu. Pragnął jej całym sobą. Mimo iż miał zaledwie dziewiętnaście lat doskonale wiedział, że Hania jest tą dziewczyną, z którą chciałby dożyć spokojnej starości. Wiedział, że to, co miał zamiar jej powiedzieć złamie Hani serce, ale czy miał jakiś wybór? Czy mógł pozostać obojętny wobec losu swojej matki?
– Haniu, kochanie, mam ci coś ważnego do powiedzenia. – Z trudem wyrzucił z siebie. Czuł gorące dłonie dziewczyny, które zaplotły się wokół jego karku. Ciało Hani, jeszcze przed chwilą wdzięcznie prężące się przed nim, nagle zastygło w bezruchu, wyczekując tego, co miał jej do przekazania. W błękitnych oczach dostrzegł strach i obawiał się, że nie znajdzie w sobie wystarczająco dużo odwagi, by złamać jej serce. Bo tego, że je złamie, był pewien w stu procentach.
– Zdecydowałem się towarzyszyć Olly’emu w wyjeździe do Anglii – wyznał nieśmiało.
– Kuba, co ty do mnie mówisz? – spytała drżącym głosem, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
– Posłuchaj, na początek pojadę na trzy miesiące. Zarobię trochę pieniędzy i pomogę mamie przenieść się do Grudziądza. Tylko w ten sposób uwolni się od ojca.
Hania wstała raptownie i z bezradności wsunęła dłonie w jasne włosy. Nie wierzyła własnym uszom. Jakub zamierzał ją opuścić.
– Nie zgadzam się, słyszysz? Nie ma mowy! Nawet nie chcę o tym słyszeć! – krzyczała, przemierzając stodołę w tę i z powrotem.
Jakub mimo bolących żeber doskoczył do Hani, chwycił ją w objęcia i z ulgą zanotował, że przywarła do niego całym ciałem. Bał się tej chwili. Bał się jej jak jasna cholera. Po wnętrzu niósł się cichy szloch Hani, który ściskał mu serce, a on nie mógł zrobić nic, co przyniosłoby jej ulgę.
– Za tydzień zaczynasz studia. I tak musielibyśmy się rozstać.
Hania odsunęła się od Jakuba i z przerażeniem spojrzała mu w oczy.
– Chcesz mnie zostawić?
– Co? Niee – zaprotestował. – Przecież wiesz, że jesteś dla mnie całym światem. Po prostu chciałem powiedzieć, że jeśli się kogoś kocha, to nie ma znaczenia, czy zakochanych dzieli od siebie godzina drogi, czy też cały dzień. Tęskni się jednakowo mocno.
– Wolę żyć ze świadomością, że dzieli nas sześćdziesiąt, a nie ponad półtora tysiąca kilometrów.
–Haniu, wiesz, że nie mam wyboru. Muszę pomóc matce. Nie znasz ojca, to znaczy nie wiesz wszystkiego…
– Doskonale to rozumiem, naprawdę. Też chcę jej pomóc, ale są inne rozwiązania. – Starała się myśleć rozważnie.
– Jakie? MOPS? A może twoja szafa? We dwoje możemy się w niej nie zmieścić – zażartował, chcąc rozładować napiętą atmosferę.
– Nie zgadzam się, Kuba. Nie godzę się na twój wyjazd.
– Wiesz, że nie mam wyboru. Podjąłem decyzję.
– Dobrze! Skoro jesteś pewien, że to dla nas najlepsze rozwiązanie…
– Co znaczy „dla nas”?
– Jadę z tobą! – Oświadczyła i dumnie wypięła pierś.
– Przecież ojciec nigdy ci na to nie pozwoli.
– W tej chwili mało mnie to obchodzi. – Wzruszyła ramionami i wsunęła za ucho kosmyk jasnych włosów, które od lat niezmiennie pachniały lawendową odżywką.
– Nie zgadzam się. A co ze studiami?
– Mogą poczekać.
– Nie! Skończmy tę bezsensowną wymianę zdań.
– Nie chcesz mnie tam, mam rację? Chcesz mnie zostawić i nie masz odwagi powiedzieć o tym, patrząc mi prosto w oczy?
– Pleciesz bzdury.
Jakub ostrożnie podszedł do Hani, chwycił jej dłoń i złożył pocałunek w jej wnętrzu. Nie odrywając oczu od smutnego wyrazu ukochanej twarzy, ułożył jej szczupłe palce na swojej piersi – dokładnie w miejscu, w którym biło jego serce – i drżącymi wargami cicho wyszeptał:
– Zawsze będę należał do ciebie, Haniu.
– Wiem – przyznała, a po jej policzku spłynęła łza, którą szybko otarł własnym kciukiem. – Ale tak bardzo boli mnie świadomość, że tak po prostu mnie zostawiasz, Kuba. Nie wierzę, że zrezygnowałeś ze mnie z taką łatwością.
– Mała, to nie tak. – Próbował wytłumaczyć Hani, że niejako został zmuszony do podjęcia takiej decyzji. Chciał, żeby zrozumiała, że to jedyna szansa na lepszą przyszłość dla niego i jego matki.
– Wiesz co, Kuba? Wal się! – krzyknęła, zaskakując tym samą siebie. Nigdy wcześniej nie reagowała złością w tak nieoczekiwany sposób.
– Hania, no co ty?! – Jakub bezczynnie obserwowała, jak jego dziewczyna usilnie próbowała wyciągnąć coś z kieszeni swetra, a gdy w końcu jej się to udało, cisnęła mu w pierś niewielkich rozmiarów pudełkiem.
– Wszystkiego najlepszego w dniu dziewiętnastych urodzin.
Dla Jakuba świat się zatrzymał z chwilą, w której Hania opuściła stodołę. Niepewny tego, jak powinien się zachować, przysiadł na snopku słomy, w dłoni obracając pudełko. Uchylił wieczko i wyjął srebrną, męską bransoletkę. W nikłym świetle wiszącej na kablu żarówki z trudem odczytał grawer „Kocham cię”. Poczuł, jak zalewa go gorączka. Nagle powietrze stało się zbyt gęste a płuca zbyt małe, by mógł nabrać do nich wystarczającej ilości powietrza. Kochał Hanię całym sercem i rozstanie było dla niego równie trudne, ale wierzył, że jeśli dwoje ludzi jest sobie pisanych, to nic, ani nikt nie jest w stanie zniszczyć ich miłości. Wsunął bransoletkę na rękę i biegiem – na tyle, na ile pozwalał mu jego stan – ruszył w stronę dziewczyny. A gdy dostrzegł ją w księżycowej poświacie, chwycił jej dłoń i szarpnął nią tak, że Hania wpadła wprost w jego objęcia. Płakała.
– Po prostu chcę, żebyś chwilę na mnie poczekała − wydyszał szarpany emocjami.
– Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, Jakub. Nie potrafię. Nie chcę…
– Przecież wiesz, że do ciebie wrócę. Jesteś dla mnie wszystkim. Kocham cię, Haniu.
Hania przymknęła powieki, zupełnie jakby chciała zapisać słowa Jakuba gdzieś w głębi serca i nadać im w ten sposób nieśmiertelności. Kuba przyciągnął dziewczynę jeszcze bardziej ku sobie i złożył czuły pocałunek na jej czole.
– Dziękuję za bransoletkę. Solidna robota.
– Pomógł mi dziadek. Ja tylko zrobiłam grawer – powiedziała, a jej głos wciąż przerywało ciche łkanie.
– I właśnie ten grawer podoba mi się najbardziej.
Jakub chwycił podbródek Hani i zmusił ją do spojrzenia mu w oczy. A gdy w końcu to uczyniła, niemal pękło mu serce. Ilość bólu widniejącego w jej błękitnym spojrzeniu przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Poczuł, jak oczy zachodzą mu mgłą i by uniknąć łez, przywarł ustami do drżących warg Hani. Całował ją namiętnie wręcz agresywnie, chcąc zaznać jej smaku. Targany pożądaniem chwycił jej drobne ciało w górę i z bólu zaciskając szczękę, zaniósł do stodoły, by z ostrożnością ułożyć ją na kocu. Ściągnął bluzę i zwykłą szarą koszulkę pragnąc poczuć ciepło kobiecego ciała. Zdecydowanym ruchem pozbawił Hanię sukienki, by następnie powolnie i namiętnie całować jej delikatną skórę. Drżała pod dotykiem jego głodnych ust, bezustannie domagając się pocałunków Jakuba. Chciała być jeszcze bliżej mężczyzny, któremu oddała swoje serce. Stworzyć z nim jedność, być w ten tak wyjątkowy sposób, w jaki tylko może być kobieta z mężczyzną. Kochała Jakuba za delikatność, jaką okazywał jej podczas zbliżeń i za namiętność, której nigdy jej nie odmówił.
– Chcę cię poczuć, Kuba… – wyszeptała. Nie mogła już dłużej czekać. Pragnęła spełnienia, rozsypania się na małe cząsteczki szczęścia w ramionach ukochanego.
– Tylko wówczas, gdy obiecasz mi, że razem przetrwamy wszystko.
– Bez ciebie nie przetrwam nawet jednego dnia. – Z oczu Hani ponownie popłynęły łzy, które Jakub scałował swoimi ustami.
– Przetrwasz, dasz radę, wiesz, dlaczego? – Wsparł się na łokciach i spojrzał Hani w oczy. – Bo jesteś silna, Haniu. Zawsze taka byłaś. Obiecaj mi, proszę.
–Obiecuję. Obiecuję przetrwać wszystko…
Jakub wszedł w Hanię z delikatnością. Sycił oczy widokiem rozedrganej dziewczyny, jej rozchylonych ust i cichych jęków, będących zapowiedzią zbliżającego się spełnienia. Czuł jej paznokcie, które dotkliwie wbijała mu w plecy i oddech, który otulał go swoim ciepłem. A gdy była już na granicy spełnienia, przymknął oczy i wszedł w nią z jeszcze większą siłą, czując rozkosz, gdy zaciskała się wokół jego męskości.
– Chcę, żebyś na mnie patrzył, Kuba. Chcę, byś właśnie taką mnie zapamiętał.
Uniósł powieki, złożył pocałunek na ustach Hani i ponownie się w niej zanurzył. Z satysfakcją obserwował, jak plecy Hani wygięły się w łuk, jak przygryzła dolną wargę w chwili, w której dostąpiła spełnienia. Trawiona doznaniem, Hania, wyznała Jakubowi miłość, on zaś opadł na jej ciało chwilę po tym, jak sam osiągnął szczyt rozkoszy. Wtuleni w siebie, otoczeni zapachem siana tkwili tak do bladego rana, wzajemnie zapewniając się o swojej miłości. Na dnie serca pozostał zaś smutek i niepewność o swoją przyszłość.

***

Mateusz Malicki z niedowierzaniem spoglądał na swoją córkę, która była jego największym powodem do dumy i najgłębszym sensem życia. Z tego też powodu nie mógł przystać na jej propozycję. Nie wyobrażał sobie, że jego pierworodna spakuje walizkę i ot tak po prostu wyjedzie do innego kraju na długie miesiące. O ile był w stanie zrozumieć, że Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, tak już z argumentem Hani, że tym sposobem równie dobrze może żyć i studiować w Wielkiej Brytanii Mateusz nie potrafił się pogodzić. I jeszcze myśl, że Hania wyjechałaby z nim – Jakubem Jasińskim, świdrowała mu umysł, przyprawiając go o pulsujący ból w skroni.
– Nie tak to miało wyglądać, córuś. Nie masz mojej zgody na to, by Jasiński pociągnął cię za sobą na dno.
– Tato, ona ma na imię Jakub! – zaprotestowała ze złością Hania. – I nie pociągnie mnie na żadne dno, równie dobrze mogę studiować medycynę w Londynie. Poradzę sobie, wiesz, że jestem ambitna i…
– Nie ma mowy. Zostajesz w domu.
– Tato! Nie możesz mi tego zabronić, ja go kocham… – Hani puściły nerwy, które starała się trzymać na wodzy. – On jest całym moim życiem. Też kiedyś byłeś młody, też kochałeś…
Tak, pamiętał. Mateusz Malicki bolesne skutki swojej młodzieńczej miłości odczuwał aż do dziś. Co więcej, był pewien, że umierając, pod powiekami zobaczy twarz dziewczyny, która złamała mu serce.
– To nie jest odpowiedni chłopak dla ciebie. – Nerwowym ruchem zamknął teczkę i odłożył na bok dokumenty, które przeglądał przed przyjściem Hani. Wyprostował sylwetkę i oparł plecy o skórzany fotel, nie spuszczając wzroku ze swojego dziecka, które drżąc z rozpaczy, stało przed jego biurkiem ze spuszczoną głową i opadniętymi ramionami.
– Niszczysz mi życie, tato… – powiedziała Hania, tym razem już bardziej spokojnie, jakby zaakceptowała decyzję ojca.
– Jeszcze kiedyś mi za to podziękujesz, dziecko. – zawyrokował nieprzejednany.
Hania nie powiedziała już nic, bo i nie było sensu w kontynuowaniu dalszej dyskusji. Odwróciła się i bez słowa opuściła gabinet ojca. Z przerażeniem spojrzała na zegarek, który nieuchronnie odmierzał czas do nowej rzeczywistości pozbawionej obecności Kuby. W jej głowie zrodziła się myśl, że gdyby mama żyła, byłoby jej łatwiej. Ona by ją zrozumiała, wszak zawsze powtarzała, że to miłość nadaje sens naszemu istnieniu. I Hania w to wierzyła. Wierzyła całym swoim młodzieńczym sercem.

***

Otworzyła drzwi najciszej, jak umiała. Chwyciła w rękę niewielką walizkę na kółkach i ostrożnie, nie zapalając światła, ruszyła schodami w dół. W uszach słyszała dźwięk swojego niespokojnego serca. Z powodu strachu drżały jej nogi i ręce. Przystanąwszy przed drzwiami werandy, ściągnęła z wieszaka dżinsową kurtkę i właśnie miała ją na siebie zarzucić, gdy kątem oka dostrzegła w ciemności zbliżającą się sylwetkę. Wstrzymała oddech, czując, jak łzy ponownie napłynęły do jej oczu. Z trudem przełknęła nieprzyjemną suchość, która spowiła jej gardło i już miała zacząć się tłumaczyć ze swoich zamiarów, gdy jasne światło rozerwało półmrok.
– Dziadku, co ty tu robisz? Miało cię nie być w domu.
Bogdan Malicki zbliżył się do wnuczki, następnie chwycił w dłonie jej dżinsową kurtkę i pomógł jej się ubrać. Z troską w oczach poprawił dziewczynie kołnierzyk, kciukiem zaś wykonał znak krzyża na młodzieńczym czole.
– Uważaj na siebie wnusiu, uważaj, proszę. A o ojca się nie martw – powiedział i puścił wymowne oczko. – Już ja sobie z nim poradzę.
Hania przywarła do dziadka dokładnie tak, jak wielokrotnie w swoim młodzieńczym życiu. Czuła ulgę, że ma jego wsparcie. Wiedziała, że w przeciwieństwie do ojca, dziadek szanował Jakuba i liczył się z jej wyborem, a to z kolei znaczyło dla niej bardzo wiele.
– Tylko dzwoń do mnie, Haniu, dzwoń jak najczęściej, żebym nie musiał się o ciebie martwić – powiedział Bogdan i mimo protestów Hani wsunął jej w dłoń zwitek funtów brytyjskich.
– Kocham cię dziadku, bardzo… – załkała. Ująwszy w dłoń rączkę walizki, opuściła dom rodzinny, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznych ramionach Jakuba.
Zdążyła niemal w ostatniej chwili. Właśnie pan Zawada z ostrożnością pakował bagaże Jakuba i swojego syna do bagażnika niedużego forda. Hania ostrożnie podeszła do samochodu i skinąwszy głową w geście powitania, podała swoją walizkę.
– Witaj Haniu, a ciebie to się nie spodziewałem.
– Dzień dobry, panu. Taka mała zmiana planów.
Jakub przystanął na schodach domu rodzinnego. Był zaskoczony obecnością Hani, w końcu trudy pożegnania mieli już za sobą, a teraz obecność dziewczyny ponownie rozedrze mu serce na strzępy.
– Hania?! Ale bosko! Jedziesz z nami? – Olly krzyknął entuzjastycznie i zbiegł po schodach, z obojętnością mijając Jakuba.
– Jeśli nie masz nic przeciwko. – Wzruszyła ramionami.
– Pewnie, że nie! – Młodszy Zawada przyciągnął dziewczynę do siebie, chcąc dodać jej otuchy i wykrzesać z Hani nieco więcej radości.
– Haniu? – Głos Jakuba zmusił dziewczynę do wstrzymania oddechu. Odwróciwszy się w jego stronę, zatopiła swoje oczy w czarnym spojrzeniu mężczyzny i niemal na jednym wdechu wyrecytowała to, co tak skrupulatnie ułożyła w swoich myślach.
– Jadę z wami, choćby nie wiem co! Nawet nie próbuj mi tego wyperswadować. Proszę Kuba, nie każ mi zostawać tu samej, bo to mnie zabije, rozumiesz? Uschnę jak te pieprzone hortensje, które ostatnio od ciebie dostałam. I nie mów mi, że nie mam racji, bo i tak nie zmienię swojej decyzji.
– Ale…
– Tak. Pójdę na te cholerne studia, obiecuję, tylko proszę, nie każ mi żyć bez ciebie.
I chociaż Jakub drżał z obawy o to, jaki scenariusz dla niego i Hani napisał krnąbrny los, nie mógł przekonać własnego serca, by ten jeden raz posłuchało rozsądku. Wiedział, że wspólna emigracja, nie będzie łatwa. Wiedział, że będzie trudno, może nawet zmuszeni będą powrócić z pustymi kieszeniami, z niespełnionymi marzeniami, obdarci z honoru… Ale tego, że życie potraktuje ich aż tak brutalnie, nie był w stanie przewidzieć nawet on…

DALSZE LOSY BOHATERÓW POZNACIE W KSIĄŻCE „MĘŻCZYZNA Z TUSZEM NA DŁONI”.

Niepokorni: Początek
Copyright © Monika Joanna Cieluch
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Redakcja: Ewelina Nawara
Korekta: Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska
Okładka: Ewelina Nawara