Zaznacz stronę
Jesteś moim ocaleniem - Sandra Biel

Jesteś moim ocaleniem – Sandra Biel

 Dalsze losy bohaterów „Jesteś moją zgubą”.

Vincenzo osiągnął swój cel, rozkochał w sobie złośnicę̨. Nie planował jednak tego, że sam również zakocha się w niej.

Anastazja broniła się przed miłością, tak długo jak potrafiła. Choć instynkt podpowiadał, że Enzo stanie się jej zguba, ostatecznie uległa mu.

Jedna koszmarna noc. Jedna chwila zwątpienia. Jeden nieodpowiedni człowiek.

Teraz ona musi pogodzić się z krzywdą, której doświadczyła. On musi odpokutować tą, którą wyrządził. Przed nimi jeden z najcięższych momentów w życiu, wypełniony cierpieniem, samotnością, smutkiem, tęsknotą i żalem. Czas próby, który muszą przejść oboje, choć niekoniecznie razem.

Szczęście nigdy było im pisane, więc muszą o nie tym bardziej walczyć z całych sił. I nawet jeśli się im uda ocalić to co najważniejsze i stać silniejszymi, to jeszcze nie znaczy, że będą żyć długo i szczęśliwie…

Czy ta historia może zakończyć się happy endem?

Informacje o książce

Rok I wydania: 2022
Format: 14.0×20.5 cm
Okładka: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 260

książka ISBN 978-83-7995-596-1
ebook ISBN 978-83-7995-597-8

Ceny sugerowane:
książka: 44,99 zł
ebook: 34,99 zł

 

Gdzie kupić?
Kupując w tych księgarniach wspierasz Autora i Wydawnictwo
Księgarnia naszego wydawnictwa
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo
Fragment

Prolog

Byłem panem swojego życia. Uważałem, że każdy jest kowalem własnego losu i tylko my sami kreujemy naszą rzeczywistość przez podejmowane decyzje i zachowania w danych sytuacjach.

Myliłem się. Pojawiły się komplikacje, na które nie byłem przygotowany.

Pierwszą z nich była Anastazja. Najpierw jej nie chciałem, mimo że nawet jej wtedy nie znałem. Później jej zapragnąłem, nie wiedząc, kim jest. Aż w końcu robiłem wszystko, by zdobyć jej serce. A kiedy byłem pewny, że to mi się udało, wszystko szlag jasny trafił.

Drugą – rzucone przez los kłody pod nogi. Chciałem je przeskoczyć lub ominąć, jednak kolejna komplikacja mi to uniemożliwiła. Ktoś mnie oślepił, unieruchomił ciało i spowił umysł mgłą; toksycznym oparem, który wdarł się w najmniejsze zakamarki mojego życia, ciała i duszy. Trucizną, która swym żarem wypaliła wszystko, co dobre, która zniszczyła moją radość i szczęście –  moją Anastazję.

Przeżyłem pokutę za popełnione grzechy, jednak nie wierzyłem w ich odpuszczenie i zapomnienie. Byłem pewien, że nigdy nie dostanę rozgrzeszenia.

Rozdział 1
Anastazja

 Modliłam się, by to wszystko okazało się snem, złudzeniem, fałszem, pieprzoną pomyłką. Najgorsza z obaw stała się jednak rzeczywistością. A ten, który powinien mnie kochać i o mnie dbać, stał się katem ciała i mordercą serca. Stał się moją zgubą.

– Gdzie chcesz, kurwo, uciec?! – krzyknął tonem pełnym nienawiści, kiedy chciałam przemknąć obok niego.

Rzuciłam mu spanikowane spojrzenie. To się nie mogło dziać naprawdę. To tylko jeden z koszmarów, które ostatnio zaczęły mi się śnić, które nawiedzały mnie i straszyły niemalże każdej nocy.

Nie miałam jednak racji, bo doskoczył do mnie jak drapieżca do ofiary i złapał mocno za gardło, jednocześnie unosząc mnie nad ziemię. Zaczęłam wierzgać nogami, kopiąc go po ciele; próbowałam wyłamać mu palce, zaciskane coraz mocniej na mojej szyi i odcinające mi dopływ tlenu. Na nic się to jednak zdało. Wydawał się teraz jakimś pieprzonym robotem, którego nic nie ruszało. Tak, jakby został zaprogramowany do konkretnych czynności. Tak, jakby jedyne, co miał w głowie, to skrzywdzenie mnie. Jakby nie był sobą.

Chaotycznie próbowałam nabrać powietrza, ale nie potrafiłam. Płuca zaczęły palić mnie żywym ogniem, powodując niemiłosierny ból, a przed oczami robiło mi się coraz ciemniej. Już myślałam, że nadeszła chwila, w której odpłynę, ale nagle puścił moje gardło, dzięki czemu nabrałam spory haust powietrza. Nie nacieszyłam się tym jednak zbyt długo, bo kilka sekund później popchnął mnie tak mocno, że z głuchym łoskotem uderzyłam w ścianę, co – po raz kolejny – odebrało mi dech.

Upadłam na podłogę, czując ból w całym ciele, jednak najbardziej cierpiało moje serce, które krwawiło i pokrywało się ranami głębszymi i boleśniejszymi niż te pojawiające się na skórze.  Czułam rozdzierający ból w piersi, tak jakby ktoś próbował rozerwać moje wnętrzności. Nie ktoś, a sam Enzo, stojący nade mną jak kat nad ofiarą.

W końcu uniosłam na niego wzrok.

Kim ty jesteś i co zrobiłeś z moim mężem?! – zapytałam samą siebie, spoglądając z przerażeniem w oczach na mężczyznę, który zaczął się do mnie powoli zbliżać.

– Pomo… – zaczęłam krzyczeć, ile miałam sił w płucach, ale nie skończyłam nawet jednego słowa, kiedy poczułam silne uderzenie w twarz.

– Zamknij się, szmato, bo pożałujesz! – syknął, łapiąc mnie za włosy i pociągnął od razu do góry, powodując tym samym kolejną falę bólu i cierpienia.

Chwycił drugą ręką moją żuchwę, używając tak ogromnej siły, że prawie zmiażdżył mi twarz. Bałam się, choć nie, to słowo to wielkie niedopowiedzenie – byłam cholernie przerażona. Łzy lały mi się strumieniami z oczu, już mocno opuchniętych od płaczu, a ciało drżało, niezdolne do wykonania jakiegokolwiek, nawet najmniejszego, ruchu.

– Vince, proszę, zostaw mnie – załkałam, mając nadzieję na chociażby najmniejszy przebłysk jego świadomości.

– Jesteś moja! Nie zostawię cię! – wrzasnął jak szaleniec; jak pieprzony psychopata.

Pociągnął mnie za włosy, rzucając na łóżko tak, jakbym była nic niewartym śmieciem. Nie zdążyłam wykonać jakiegokolwiek ruchu, gdy on zawisł nade mną. Wykręcił mi ręce, mocno zaciskając palce na moich nadgarstkach.

Krzyknęłam z bólu, a on od razu puścił jedną dłoń; jednak nie po to, aby dać mi spokój. Puścił mnie, by zaraz unieść rękę wysoko nad naszymi ciałami i opuścić ją ze świstem na mój, pulsujący po wcześniejszym uderzeniu, policzek. Poczułam, jak moje zęby przebiły prawie na wylot skórę, a usta wypełniają się krwią, której przybywało z sekundy na sekundę. Starałam się wypluć jej nadmiar, ale nie potrafiłam się odpowiednio przekręcić, przez co krew zaczęła zalewać mi gardło, blokując tym samym dopływ powietrza. Najnormalniej w świecie zaczęłam się dusić, a on sobie nic z tego nie robił. Spoglądał na mnie z dziwnym błyskiem w oku, tak jakby napawał się widokiem, który miał przed sobą. Choć walczyłam z całych sił; choć próbowałam zrobić cokolwiek – nie byłam w stanie się przed nim uratować.

Umierałam, a zabijała mnie miłość mojego życia. Nie wróg. Nie ojciec. Mój mąż. Osoba, którą pokochałam całym swoim sercem. I to tak cholernie bolało.

Nie wiedziałam jednak, że zaraz miało zacząć boleć jeszcze bardziej.

Enzo nagle zaczął zrywać ze mnie ubrania. Pociągnął moim stanikiem tak mocno, że aż przetarł mi skórę na plecach i żebrach do samej krwi. Krzyknęłam z powodu pieczenia i bólu, ale nic sobie z tego nie zrobił, obłapiając dalej moje ciało. W końcu z majtkami zrobił to samo, co wcześniej z biustonoszem, a mój krzyk zaczął cichnąć. Przestałam się bronić. Nie miałam już choćby najmniejszej uncji siły, a co najważniejsze – nie posiadałam w sobie nawet odrobiny woli walki. Przegrałam sama ze sobą – poddałam się.

On warczał i wyklinał mnie od najgorszych, a ja leżałam bez ruchu, a jedynymi oznakami tego, że jeszcze żyłam, były łzy, które litrami wypływały z moich oczu.

Nie rozumiałam, jak to się stało, że ten, który jeszcze kilka godzin temu był dla mnie delikatny, traktując mnie jakbym była z porcelany; z czułością i miłością dotykając i całując, teraz robił wszystko brutalnie, z nienawiścią i odrazą.

Gdy wszedł we mnie mocno, zabolało tysiąckroć bardziej niż przy naszym pierwszym razie. Z moich ust wydobył się krzyk pełen smutku, żalu, niezrozumienia i agonii. Umierałam, a on, każdym kolejnym pchnięciem, unicestwiał moje serce, rozdzierał duszę i niszczył umysł.

– Nie udawaj, szmato, że ci się nie podoba – wysyczał, rozdzierając moje wnętrze.

Uparcie patrzyłam w bok, nie chcąc widzieć jego twarzy i starając się nie reagować, błagając niemo o rychłą śmierć. Naprawdę chciałam umrzeć.

Nagle chwycił mnie za gardło i ścisnął, ale ja już nie szarpałam się, prosząc o życiodajne powietrze. Przymknęłam tylko powieki i czekałam na moment, w którym przyjdzie mi przywitać się z kostuchą.

– Skoro nie masz z tego przyjemności, to może trzeba zmienić pozycję.

Mówiąc to, szarpnął moim obolałym ciałem, przerzucając mnie jednym ruchem na brzuch i uniósł moje biodra.

Kiedy poczułam, że chce wejść w mój tyłek, spięłam wszystkie mięśnie, próbując go od tego odwieść. Miał problem, ale poradził sobie, używając do tego takiej brutalności, że zawyłam głośno i żałośnie, jednak wszystko tłumiła poduszka, w którą wciśnięta była moja głowa. Ból był ogromny, prawie nie do wytrzymania. Nie było miejsca na ciele, które by teraz nie odczuwało cierpienia; nie pozostało już we mnie żadne pozytywne uczucie.

Zniszczył mnie całkowicie.

Nie wiedziałam, ile to wszystko trwało. Pięć minut czy może jednak pięć godzin. Odcięłam się powoli od wszystkiego. Moje oczy – choć widziały – przestały dostrzegać. Serce wciąż biło – jednak przestało czuć. Umysł – choć mózg dalej funkcjonował – pogrążył się w ciemności.

Ocknęłam się dopiero wtedy, gdy szarpnął mnie za włosy i przystawił swojego kutasa do moich ust.

– A teraz wyliż go porządnie, kurwo!

Jedyne, co mi pozostało, to po prostu go ugryźć. Po tym uderzył mnie tak mocno w twarz, że straciłam przytomność.

W końcu zapadła  upragniona ciemność i wolność od bólu, których przez ten cały czas tak bardzo pragnęłam.

**********

Obudziły mnie dopiero promienie światła, wpadając do sypialni. Przez kilka pierwszych sekund byłam pewna, że to, co miałam w głowie, było tylko bardzo realnym koszmarem. Przecież Enzo nie mógł mi tego zrobić. Jednak – powoli, bardzo powoli – zaczynał docierać do mnie ból każdej komórki ciała. Dotarło do mnie i to, że to wcale nie był koszmar, a najprawdziwsza rzeczywistość. Zaszlochałam żałośnie do poduszki, w którą nadal wciskałam pokiereszowaną twarz. Odważyłam się jednak w końcu unieść wzrok, ale od razu zbladłam, widząc, że moje ciało, jak i większość łóżka jest zakrwawiona, a on leżał rozwalony na brzuchu i spokojnie oddychał.

Musiałam jak najszybciej stąd wyjść!

Próbowałam się podnieść; zrobić cokolwiek, ale jakikolwiek szybszy ruch był dla mnie torturą; męczarnią. Moją własną drogą krzyżową. Zsunęłam się na ziemię z głuchym łoskotem i zawyłam, a łzy znów popłynęły strumieniem po moich zakrwawionych policzkach. Spuchnięte i poranione nadgarstki uniemożliwiały mi zgięcie palców. Zaczęłam się czołgać do wyjścia. Musiałam znaleźć się jak najdalej od niego. W końcu, gdy dotarłam do ostatnich drzwi, zmobilizowałam wszystkie pozostałe siły organizmu i wstałam, by otworzyć zamki. Uwiesiłam się na klamce i wyleciałam przez próg, upadając z krzykiem na podłogę. Zwinęłam się w kłębek i zaczęłam szlochać, krzyczeć, wyć i rozpaczać.

Mój umysł oddzielił się od ciała. Nie panowałam już nad niczym. Nad oszalałym oddechem, nad wstrząsami i konwulsjami, jakie mnie dopadły. Nie miałam władzy nad własnym ciałem i umysłem.

Docierały do mnie dźwięki, ale jakby były zamglone, oddalone. Tak, jakbym nie była sobą. Tak, jakbym stała gdzieś z boku.

Poczułam nagle, jak ktoś dotyka mojego ramienia i wydarłam się tak głośno, że nawet moje uszy ucierpiały.

– NIE DOTYKAJ MNIE!

Chciałam uciec, wyszarpnąć się, ale nie udało mi się tego dokonać. Ostatnim, co zapamiętałam, była wbijająca się w moje ciało igła i znowu odpłynęłam.

**********

Powoli wracała mi świadomość; nie czułam bólu, tylko przyjemne odrętwienie. Czyli to wszystko było tylko koszmarem; najgorszym i najstraszniejszym snem. Odetchnęłam głęboko, jednak nie poczułam zapachu naszej sypialni. Zamiast tego czułam chłód i środki dezynfekujące.

Otworzyłam więc oczy i ujrzałam zapłakaną twarz Lèi. Za nią stał Riccardo ze zmartwioną miną, wyrażającą cierpienie. Czyli to prawda?! To jednak się wydarzyło?! Zaczęłam coraz szybciej oddychać, ponownie wpadając w rozpacz. Krzyczałam i płakałam, czując, jakby ktoś przypalał i jednocześnie rozrywał moje wnętrzności. To było nie do zniesienia. Chciałam umrzeć! Nie pozostało mi nic! Jednak moje obawy się sprawdziły. On był moim zniszczeniem, kataklizmem, armagedonem i zagładą w jednym.

Usłyszałam jego krzyk, więc spojrzałam na drzwi, które otwarły się z hukiem tak głośnym, że aż podskoczyłam przerażona i natychmiast zamilkłam.

Stanął w progu, starając się wyrwać chłopakom, którzy próbowali go wytargać z pomieszczenia.

– Ana! Kocham cię! Nie chciałem tego! Kochanie, przepraszam! – rozpaczał, jednocześnie patrząc na mnie.

Zamknęłam oczy i się skuliłam. Zaczęłam się trząść. Byłam żałosna, bo chciałam, żeby wrócił mój Enzo. Wściekła, bo zniszczył to, co zbudowaliśmy. Skatowana, bo zbezcześcił moje ciało. Rozgoryczona, bo nie potrafili go ode mnie zabrać. Aż w końcu – załamana, bo wszystko nagle straciło sens. Nie potrafiłam pojąć zdarzeń minionej nocy. Nie rozumiałam niczego. Nie miałam najmniejszego pojęcia, dlaczego to wszystko się wydarzyło.

Teść coś do niego powiedział, ale nie skupiałam się na ich rozmowie, zapadając się coraz bardziej w otchłań cierpienia. Spadałam z zawrotną prędkością w najgłębszą i najstraszniejszą piekielną czeluść.

– Anastazjo. – Usłyszałam cichy szept Riccarda. – Chciałem go zabić, ale wczoraj był naćpany, a rano pamiętał, co ci zrobił, tyle że nie miał pojęcia dlaczego – wytłumaczył ze łzami w oczach. Spojrzałam na niego błagalnie. Nie byłam w stanie odpowiedzieć mu w jakikolwiek inny sposób. – Nie pozwolę mu się zbliżyć do ciebie, jeżeli nie będziesz tego chciała. – Delikatnie dotknął ręką mojej głowy, na co się od razu wzdrygnęłam. Nie umiałam nad tym zapanować, choć akurat jego się nie bałam. – Ana, jesteś w szóstym tygodniu ciąży.

Otwarłam szeroko oczy z niedowierzania, słysząc słowa, które popłynęły z jego ust. Machinalnie położyłam dłoń na brzuchu i ponownie wpadłam w rozpacz.

Musiałam żyć dla dziecka, ale nie chciałam, by urodziło się w takim świecie. Co ja miałam robić?! Jak miałam żyć?!

– Proszę cię, kochana, postaraj się uspokoić. Tutaj jesteś bezpieczna i nic ci nie grozi.

– Kłamiesz! – krzyknęłam, a moje gardło od razu zapiekło. – Wszyscy kłamiecie! On obiecał nigdy mnie nie skrzywdzić!

Wpadłam w szał. Zaczęłam wyrywać kroplówki, a szamocząc się z kablami i przewodami, prawie spadłam z łóżka. Chciałam uciec; po prostu biec przed siebie, aż do utraty tchu.

Do ostatniego uderzenia mojego rozerwanego i zdeptanego serca.

Do śmierci – jedynej, pewnej przyszłości, która mi pozostała, w moim upodlonym przez własnego męża życiu.

Jesteś moja zgubą
Jesteś moim ocaleniem - Sandra Biel

Pozostań z nami w kontakcie!

Zapisz się na nasz newsletter. Raz w tygodniu otrzymasz informacje o naszych książkach i promocjach na nie!

Dziękujemy, że jesteś z nami!