Harmonia
Sandra Ewertowska
Ziemia umiera. Harmonia milczy. A serce pewnej dziewczyny staje się polem bitwy.
Każdy dzień Octavii na Ziemi to walka o chleb, o leki, o godność. Kiedy jednak w tę upiorną codzienność wkrada się błąd systemu, jej nadzieją staje się to, w co dotąd nie wierzyła: szalona wizja ojca o innym świecie.
Mieszkańcy pięknej, cichej Harmonii są doskonali, lecz bezduszni. Nie znają uczuć, nie rozumieją cierpienia, nie potrafią kochać. Mimo to obecność Octavii coś w nich porusza. Coś zmienia.
Teraz to Octavia musi wybrać – uratować rodzimą planetę, choć ta ją skrzywdziła, czy tę nieznaną, która jej potrzebuje, mimo że nie istnieje tam słowo „miłość”.
„Harmonia” to opowieść o dziewczynie niosącej w sobie coś, czego nie da się zmierzyć. I o decyzji mogącej ocalić Wszechświat albo zniszczyć go na zawsze.
RomanSFantasy
Informacje o książce
Format: 14.0×20,5 cm
Okładka: miękka
Liczba stron: 372
książka ISBN 978-83-7995-835-1
ebook ISBN 978-83-7995-836-8
Ceny sugerowane:
książka: 59,99 zł
ebook: 49,99 zł
Fragment
Rozdział 1
Coś się szykuje
Fascynują mnie rzeczy, które są piękne i przerażające zarazem. Tak jak Wszechświat.
W swej istocie kryje nieskończenie wiele powodów do łez i strachu, a jednocześnie wystarczająco w nim wdzięku, by wybaczyć mu wszystkie te niedogodności.
Ojciec nazywa to równowagą, ja zaś wolę określenie „harmonia”. Bowiem przeciwstawne siły wcale się nie równoważą. Nie jest tak, że po jednej stronie będzie tyle samo gniewu, co po drugiej – wybaczenia. Za to wraz z tym pierwszym może być wystarczająco wiele bólu, by zaspokoił on mniejszą ilość zrozumienia.
Mama z kolei uważa, że nigdy nie jest go tak dużo, by można nim usprawiedliwić zło, jakiego coraz częściej doświadczaliśmy, a mimo to… rozumieliśmy. Choć to chyba niewłaściwe słowo. Przywykliśmy? Tak, pasuje. Skoro nie wychodzimy tłumnie na ulice i nie walczymy o swoje prawa, można tak to nazwać.
Pierwsza była akceptacja, która wraz z upływem lat przerodziła się w przyzwyczajenie, a ono z kolei sprawiło, że nowe pokolenia rodzą się bez wiedzy, jak ten świat naprawdę mógłby wyglądać. Jaki był kiedyś, czego sama nie miałam szansy zobaczyć, a znam jedynie z opowieści i programów telewizyjnych, którymi wciąż nas szczują. Stary świat jest dla mnie czymś w rodzaju utopii, co sędziwi ludzie nazywają ironią losu. Wówczas narzekali na wiele prozaicznych rzeczy, za które dziś oddaliby życie, byleby tylko móc ich raz jeszcze doświadczyć.
Wygląda na to, że ranga problemów również ulega zmianie, kiedy na drugiej szali położymy coś cięższego, jak na przykład panujące głód i ubóstwo. Dziś mamy już niewiele więcej zmartwień niż to, czy uda nam się dotrwać do wiosny. Zwłaszcza gdy narracja w mediach jest iście apokaliptyczna, aż się zastanawiam, czy ich celem nie jest wprowadzenie większego chaosu. Zastraszają nas, jakbyśmy nie byli już wystarczająco ulegli.
– Nad czym znów dumasz, Octavio? – Słaby głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.
Spojrzałam ze smutkiem na jej wychudzone nadgarstki, kiedy drżącymi dłońmi próbowała nałożyć posiłek na mój talerz. Podniosłam się z krzesła i przejęłam od niej naczynie, po czym podzieliłam jego zawartość na trzy nierówne części. W naszych porcjach również nie było równowagi. Ale była harmonia.
– Octavio, ty też powinnaś jeść – zaoponowała, próbując odgarnąć trochę jedzenia na mój talerz, ale odsunęłam go i łypnęłam na nią z dezaprobatą.
– Ja jestem zdrowa, a ty musisz nabrać sił – powiedziałam krótko i usiadłam naprzeciw niej, by przyjrzeć się uważnie, jak niezgrabnie unosi łyżkę paćki do ust.
Widok mojej rodzicielki w tak upadlającym stanie skręcał mi żołądek do tego stopnia, że odechciewało mi się nawet tych dwóch marnych kęsów. Gniew, jaki rodził się we mnie za każdym razem, gdy próbowała coś chwycić, a to wypadało jej z rąk, budził dziką chęć mordu. I bez wątpienia właśnie to bym zrobiła, gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja. Nawet jeśli nie dostałabym przez to ostatecznego odkupienia, czym straszą nas Magnaci.
Jako wyższa klasa społeczna mogli wszystko i skrupulatnie korzystali ze swoich przywilejów, a nas traktowali jak parobków, choć nazywali nieco ładniej – Gołotą.
Okej, jednak nie brzmi to dobrze. Klasa średnia? Kiedyś podobno taka istniała, zanim w świecie zapanował chaos, ale skończyła się za młodości moich rodziców, przez co i oni niewiele zaznali tej utopijnej sielanki.
Dziś albo jesteś bogiem… albo jesteś nikim.
– Zostawiłam dla taty obiad w garnuszku, niedługo powinien wrócić. Poradzisz sobie? – zapytałam, wstając od stołu, gdy skończyłam swój skromny posiłek, a ona uniosła głowę na tyle szybko, na ile pozwalał jej stan.
– Dokąd idziesz?
– Umówiłam się z Kinsley – rzuciłam krótko, na co zmarszczyła brwi.
– Nie podoba mi się ta dziewczyna. Wyczuwam od niej kłopoty.
A powinna czuć woń dzisiejszego obiadu, bo prawdę mówiąc, to właśnie dzięki Kinsley miała okazję włożyć coś do ust.
Rzecz jasna matce nie mogłam o tym powiedzieć. Gdyby tylko się dowiedziała, że jej córka kradnie i większość tego, czym sama się posila, pochodzi z rabunków, padłaby trupem.
Nie zareagowałam więc na te zarzuty, pocałowałam ją delikatnie w czoło i ruszyłam do wyjścia, nie kłopocząc się zarzuceniem dodatkowej warstwy ubrania, bo na zewnątrz panowała temperatura o kilka stopni wyższa niż w naszym domu.
To właśnie przez wychłodzone ściany mama choruje, a ja mam związane ręce. Nawet gdybym zdobyła wystarczającą ilość złota, dostęp do leków był na tyle ograniczony, że przysługiwał jedynie Magnatom.
Przysięgam, że nadejdzie dzień, w którym stworzę alejkę z ich odciętych głów i z dumą będę po niej stąpać.
Dochodziłam już do miejsca, w którym zawsze się spotykałyśmy, i odetchnęłam z ulgą na widok dziewczyny.
Kinsley była jedną z tych, którzy zrobią drabinę ze wszystkich kłód rzucanych im pod nogi, po to tylko, by wspiąć się po niej i napluć draniom za kaptury. Nie mam pojęcia, co działoby się z moją rodziną, gdyby nie ona. Mama od kilku lat poważnie chorowała i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej nikła w oczach, a ojciec? Co tu dużo mówić – oszalał. Twierdził, że istnieje życie pozaziemskie i wraz z grupką innych wariatów codziennie próbował do niego dotrzeć, zamiast wziąć się do pracy.
Aż chciałoby się rzec: „uczciwej pracy”. To jednak nie ten świat i nie ten czas, by żyć wątłymi złudzeniami.
Nawet gdyby to uczynił, niewiele by to zmieniło, bo choć ja haruję bez dnia wytchnienia, zapłata ledwie wystarcza na przysłowiową miskę ryżu. Więcej uda mi się ukraść jednego wieczoru, niż zarobić w dwa tygodnie pracy w fabryce. Magnaci pławią się w tym czasie w luksusach, o jakich nam nie wypada choć śnić. Obserwują naszą codzienną walkę o godność, jakbyśmy byli uczestnikami jednego z telewizyjnych show, które puszczają nam w odbiornikach.
To wymóg, by każdy Gołota miał w swojej lichej lepiance telewizor, bo w ten właśnie sposób się z nami komunikują. Nie potrzebują przekazu zwrotnego, bo i tak nie przysługuje nam prawo głosu, wobec czego rozwiązanie jest wprost idealne. Mogą siać propagandę poprzez rozpowszechnianie materiałów z poprzednich lat i pokazywanie, jak bardzo zepsuci byliśmy, jednocześnie nakazując nam podejmowanie heroicznego wysiłku nastawionego na odbudowę wartości cywilizacji.
Moje pokolenie powoli się wybudza, a starsi pokutują za winy przodków, modląc się do Boga o odkupienie, którym cała Magnateria żongluje, jak tylko im wygodnie.
Przysięgam, że nadejdzie kiedyś dzień…
– Cholera, chyba coś mnie łamie – wysapała Kinsley, gdy zrównałam z nią krok, i potarła dłonią kark. – Hej, co to jest? Ty zdziro! – Roześmiała się wesoło i klepnęła mnie w ramię. – Kto ci zrobił malinkę?!
– Wiesz dobrze, że to niemożliwe – odparłam, przewracając oczyma. – Pewnie coś mnie ugryzło albo źle spałam – dodałam, choć faktycznie ślad na szyi mógł przywodzić na myśl skutek przyssania ust do skóry, co mnie akurat w żadnym razie nie groziło.
Przy porannej toalecie pozwoliłam sobie na chwilę dłuższej obserwacji w lustrze, by przyjrzeć się piekącemu fragmentowi szyi. Przez moment powiodłam po nim palcami, w cichym zastanowieniu, jak właściwie znamię się tam znalazło. Z braku jednak logicznego rozwiązania tej zagadki zwyczajnie o nim zapomniałam.
– Mnie jak coś ugryzie, to nie mam wątpliwości, że to owad czy inne cholerstwo. Co do tego tutaj pomle… polne… Cholera! – roześmiała się zakłopotaniem i wzięła nieco głębszy oddech – Polemizowałabym.
Mimo lekkiego, zadziornego uśmiechu na jej twarzy nie mogłam nie zauważyć trudu, z jakim wypowiada każde słowo.
Położyłam dłoń na jej czole i zdiagnozowałam zwykłe marudzenie, bo nie stwierdziłam gorączki, którą w mroźny, lutowy wieczór i tak trudno wyczuć.
– Chcesz zrezygnować? – zapytałam, choć w duchu miałam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Sama nie potrafiłabym tego dokonać. Potrzebowałam jej i nie było mowy o chwili słabości.
– Nie, jest w porządku, Mróweczko. Po prostu… To głupie, wiem, ale chyba faktycznie w dwudzieste drugie urodziny człowiek budzi się nagle o pięćdziesiąt lat starszy – wymamrotała, pocierając dłonią ramię, w które się skaleczyła.
Od kilku lat panowała plaga zgonów młodych ludzi. My same wiązałyśmy tę przypadłość z działalnością Magnatów, jednak ten świat nie był miejscem na podzielenie się z kimkolwiek naszymi podejrzeniami. Mogłyśmy spekulować jedynie między sobą, i to niemal bezgłośnie. Mieszkańcy tego zrujnowanego miasta nieraz przekonali się o tym, że ściany ich domów mają oczy i uszy.
– Co z ręką? – Delikatnie pogładziłam Kinsley w miejscu, gdzie trzy dni temu zamarznięta gałąź wbiła się tak głęboko, że prawie dosięgnęła kości.
Rana wymagała szycia, czym zajęła się Betty. Mama Kinsley. Wszystkie trzy przy tym płakałyśmy, krzyczałyśmy i klęłyśmy siarczyście, przyrzekając w duchu długą i bolesną śmierć każdemu napotkanemu Magnatowi.
– Nie babrze się, to chyba dobry znak – odparła, wzruszając ramionami, i trąciła mnie biodrem. – Miałam wczoraj pierwsze szczepienie i chyba po nim jestem tak słaba. Najchętniej runęłabym na ziemię i przespała kilka dni.
– To może przełożymy to na jutro? – zapytałam, oceniając wzrokiem jej kondycję.
Naprawdę nie wyglądała tak tragicznie, jak to opisywała. Mimo to nie chciałam dziewczyny wykończyć.
– Cała się pocę i śmierdzę. – Powąchała kołnierzu płaszcza i wykrzywiła się z odrazą. – No ale nie jest tak źle, będę żyć.
Ona miała urodziny wczoraj, siedemnastego lutego. Ja dwadzieścia dwa lata kończę pięć dni po niej i nijak mi się do tego wieku nie spieszy, kiedy średnia długość życia Gołoty wynosi około trzydziestu lat. Magnaci, z racji kolejnego braku równowagi, dożywają ponad setki, a tym samym zabierają nam tlen, leki, żywność i oczywiście godność. Skurwysyny.
W dodatku od roku w dniu ukończenia dwudziestu dwóch lat podają nam szczepionki doustne, których nie wolno niczym popijać. To tak dla pewności, że rozejdą się po całym organizmie, co samo w sobie mnie i Kinsley wydało się mocno podejrzane.
Szczepienia mają na celu wyeliminowanie pasożytów i chorób, których ich zdaniem jesteśmy roznosicielami przez naganny poziom higieny, a raczej jej brak. Tak jakbyśmy nie myli się porządnie, bo lubimy cuchnąć.
Strażnicy pukali do naszych drzwi i eskortowali do jednego z oddziałów laboratoryjnych pod pozorem zadbania o zdrowie. Nagle nasze życie warte było poświęcenia odrobiny czasu i małej fiolki z płynem? Nie sądzę.
Podejrzewałyśmy z Kinsley, że to szczepionki właśnie przyczyniły się do zgonów naszych rówieśników, ale nie każdy po ich przyjęciu umierał. Nie miałyśmy więc pewności, a nawet gdyby… Odmowa przyjęcia surowicy wiązała się z karą śmierci ze skutkiem natychmiastowym. Wybór okoliczności zgonu to przywilej i nawet na niego nie było nas stać.
W Huntsville boimy się więc dwudziestych drugich urodzin niczym diabeł święconej wody. Albo spali go żywcem, a piekło pochłonie jego duszę, albo… nie wydarzy się absolutnie nic. Nie zostanie nagle nawrócony, tak jak my nie przestaniemy nagle chorować. Nie żeby komukolwiek z Magnaterii na tym zależało, zatem… Jaki jest prawdziwy powód wlewania w nas płynu niewiadomego pochodzenia?
– Jak tam było? – zapytałam, szczerze zaciekawiona przebiegiem zabiegu.
– Dziwnie… – wymamrotała i zmarszczyła brwi. – Wchodzisz do takiego ciemnego pomieszczenia z elektroniką, nie widzisz żadnych twarzy. Przez głośniki wydają ci komendy, tak jakbyś cierpiała na potwornie zaraźliwą chorobę, na którą nie chcą się narażać, więc nikt do ciebie nie przychodzi. Sam płyn ma ohydny metaliczny posmak, a język po nim jeszcze długo jest jakby… szorstki.
– Jak to? A szczepienie? Kto je wobec tego podaje?
– Sama to robisz – odparła, wzruszając ramionami. – Na stoliku stoi mały kieliszek z płynem, który trzeba przyjąć, później wchodzi się do takiego… metalowego… czegoś? Zasypiasz, budzisz się, wychodzisz, no i… tyle.
– Tyle… – powtórzyłam za nią, próbując rozgryźć, w jaki sposób miało to działać.
– No… Nie do końca, bo później chodzisz skołowana, jakbyś była na rauszu, ale chyba już jest lepiej… W każdym razie nie taki diabeł straszny. Nieważne. Dziś przez Rideout przejeżdża konwój – szepnęła konspiracyjnie, zmieniając temat.
Mówiła cicho, by mijani ludzie nie usłyszeli tych planów, z dwóch powodów: starsi by na nas donieśli, a młodzi wykorzystaliby tę informację i pojawili się na miejscu przed nami, przez co nie zostałoby już nic do podziału.
– To sprawdzone info? – zapytałam, a ona popatrzyła na mnie z urazą.
– Czy kiedykolwiek moje wieści nie były sprawdzone?
– Fakt, słuszna uwaga. Przepraszam – wymamrotałam, pocierając o siebie zimne dłonie w obawie, że za chwilę całkowicie mi zamarzną. – Co przewożą?
– W większości jedzenie, ale dziś mamy szczęście i podobno będą też leki. – Rzuciła mi szybkie spojrzenie z lekkim uśmiechem, które było jednocześnie obietnicą, że pomoże mi w zdobyciu lekarstw dla mamy.
Nie potrzebowałyśmy wielu słów, by się zrozumieć. Właściwie… były nam zbędne. Od kilku miesięcy wykorzystywałyśmy ten sam, niezawodny scenariusz rabunku. Kinsley rzucała się na ziemię, udając atak padaczki, a ja w tym czasie wskakiwałam na wóz, by spod plandeki wynieść tyle dobra, ile udało mi się chwycić. Nie wybierałyśmy tego samego miejsca przez pięć kolejnych akcji, aby uniknąć ryzyka złapania, a z biegiem czasu doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy to niemal zawodowo.
Z ostatnio zdobytych materiałów uszyłyśmy wielki wór, w który mogłam pomieścić więcej rzeczy, i muszę przyznać, że moja kondycja również uległa znacznej poprawie, co było konieczne w naszych misjach. Gdybym dała się złapać, przewoźnicy zabiliby mnie na miejscu, a mama padłaby na zawał po zorientowaniu się, że przez minione miesiące jadła głównie kradzioną żywność.
Gołocie nie przysługiwał wymiar sprawiedliwości, bo szkoda tracić czas na doprowadzanie nas przed oblicze sądu, poza tym… Alabama i tak była już przeludniona. Każdy więc powód do pozbycia się paru z nas zdawał się dobry, o ile pozostawała wystarczająca liczba rąk do pracy, a tego zawsze będzie w nadmiarze.
– Strasznie dużo tego ostatnio wywożą, nie sądzisz? – wyszeptałam, odprowadzając wzrokiem kolejny konwój. My celowałyśmy w pojedyncze wozy i na taki czekałyśmy.
– Coś się szykuje – odparła, pchając mnie delikatnie w stronę pokrytych szronem zarośli. – Wcześniej jeździł jeden wóz dwa razy dziennie. Teraz zwożą wszystko konwojami i zwiększyli liczbę transportów do trzech na dobę. Coś jest na rzeczy…
Schowałyśmy się za krzewami, naprzeciwko niskiego, białego budynku należącego do agencji rządowej. Stąd najczęściej transportowano paczki do miejsc, do których my nie mieliśmy dostępu.
Kinsley była niezbędna w rabunkach nie tylko dlatego, że dodawała mi potrzebnej odwagi. Miała również informatorów, którzy dawali jej cynk o uszkodzeniach monitoringu. Nigdy nie zdradziła, kim dokładnie byli, przez co chroniła zarówno ich, jak i mnie.
Wszyscy Magnaci skrywali się za strzeżonymi murami budowli wzniesionych na obrzeżach miasta, których wrót chroniły dziesiątki strażników. Sama konstrukcja wyglądała na diabelnie opancerzoną. Tak bardzo gnidy bały się o swoje życie, że nie kusiły losu i nie wchodziły nam w drogę. Odgrodzili się, kiedy młodzi zaczęli coraz częściej i dosadniej wyrażać swoje niezadowolenie. To było pokolenie moich rodziców. Bunty stłumiono w zarodku i zabito wszystkich uczestników marszu. Więcej demonstracji już nie zorganizowano, nie mogłam więc osobiście wziąć w nich udziału, gdy dorosłam wreszcie na tyle, by próbować zawalczyć o swoje. Zresztą… My, młodzi, wydawaliśmy się już inni. Ostrożniejsi.
Niemniej na pewno był to historyczny moment dla obu grup społecznych, choć niestety zwycięski dla tych, o których nie warto tworzyć nowych pieśni.
– Jedzie – szepnęła Kinsley, a moje ciało natychmiast się spięło. – Jesteś gotowa, Mróweczko?
W odpowiedzi skinęłam tylko głową, czując ciepło rozlewające się po duszy na dźwięk swojego przydomka. Niedawno zaczęła mnie tak nazywać, choć jak dotąd nie wyjaśniła dlaczego. Zanotowałam w pamięci, by po misji zapytać o powód, i miałam nadzieję, że to porównanie nie nawiązywało do mojej wychudzonej postury.
Odeszła parę metrów ode mnie i wyszła na ulicę. Przechadzała się po niej jak gdyby nigdy nic, by po chwili upaść na ziemię, chwyciwszy się za serce. Skinęłam z uznaniem dla niebywałej gry aktorskiej, a zarazem debiutu, bo zawału jeszcze w naszym repertuarze nie było. Choć ten zdawał się wprawić przewoźnika w żwawsze ruchy, którym teraz ja musiałam dorównać.
Mężczyzna wyskoczył szybko z auta i w moment znalazł się przy niej. Cholera, poszło łatwiej niż zwykle, co powinno dać mi do myślenia.
Kinsley leżała na skutej lodem glebie, a ja obiecałam sobie dołożyć do jej części zdobyczy dodatkową porcję saszetek herbaty, bo coś mi mówiło, że może ich po tej akcji potrzebować.
Nie trwoniąc więcej czasu, skorzystałam z braku uwagi kierowcy i wskoczyłam szybko pod plandekę. Zwykle miałam kilka sekund, tego dnia jednak wciąż nie słyszałam agonalnego rzężenia, które było umówionym sygnałem, że przewoźnik traci nią zainteresowanie. Mimo to głupotą byłoby przeginać.
Kilkoma ruchami zgarnęłam pokaźne łupy do torby, ze łzami w oczach niemal całując opakowania leków przeciwbólowych, i zeskoczyłam na ziemię. Ukryłam się na powrót w krzakach i czekałam, aż wyrzucą ją na pobocze. To była najgorsza część, przez którą nieraz chciałam zamienić się rolami, ale Kinsley zawsze twardo stała przy swoim, twierdząc, że nie umie biegać tak szybko jak ja, a ja z kolei nie potrafię usiedzieć w miejscu, a co dopiero uleżeć.
Tym razem jednak dzięki swojej roli zakładającej tylko jeden upadek – a niewymagającej wspinania się na plandekę i taszczenia ciężkiego wora z łupami – mniej narażała prowizoryczne szwy na rozejście.
Dziś na szczęście człowiek niosący Kinsley na rękach nie cisnął nią mocno, a z pozornym szacunkiem ułożył ją na glebie i przystanął, by skreślić nad jej głową znak krzyża.
Zaśmiałam się w duchu, gratulując przyjaciółce kunsztu i wiarygodności, i z coraz większym zniecierpliwieniem wyczekiwałam, aż chłopak odejdzie. Zamiast tego on przechylił głowę w bok i skinął. Z wozu wyszedł drugi człowiek, którego wcześniej nie zauważyłam, i powtórzył gest z krzyżem.
Chryste, cudem uniknęłam złapania na gorącym uczynku. Obiecałam sobie w duchu, że przy następnym rabunku będziemy bardziej uważne.
– Kolejna – rzucił ten pierwszy, wciąż przyglądający się Kinsley. – Nie uważasz, że to dziwne?
– Nie nam to oceniać – odparł krótko drugi, po czym się odwrócił i zaczął iść w stronę pojazdu. – Jedźmy, bo obetną nam pensję. Albo głowy.
Przewoźnicy, mimo że nie pracowali tak ciężko jak większość Gołoty, dostawali dokładnie tyle samo złota co my. I podobnie jak nam starczało im to na niewiele, czego Magnaci byli świadomi, dlatego wprowadzili surowe kary za zagubienie paczki z żywnością. Mężczyzn nie pozbawiano życia, bo wkrótce nie byłoby komu wozić ładunków, a takich rabusiów jak my było wielu. W pełni świadome więc chłosty, jakiej ci niewinni ludzie doświadczą po przeliczeniu towaru na końcowej stacji, cieszyłyśmy się z każdego łupu doniesionego do naszych domów.
Każdy walczył o przetrwanie, choćby kosztem drugiego człowieka. Nie było miejsca na wyrzuty sumienia.
Wychyliłam się zza krzaków, gdy wóz ruszył w dalszą drogę, i powolnym krokiem podchodziłam do Kinsley, oddalonej ode mnie o parę metrów. Wciąż leżała na wznak, a ja śmiałam się coraz głośniej z jej przesadnego lenistwa.
– Wiem, że lubisz leżeć, złotko, ale pora wracać – powiedziałam, kucając przy niej, i szturchnęłam ją w ramię. – Zaraz będzie całkowicie ciemno.
Nawet nie drgnęła, a jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ogarnęła mnie panika, gdy chwyciłam dziewczynę za poły płaszcza i zaczęłam potrząsać bezwładnym ciałem. Nie wydała z siebie choćby maleńkiego jęku. Przystawiłam policzek do jej ust, by wyczuć oddech, jednak daremnie.
Opadłam na plecy tuż obok niej i rozmazanym wzrokiem patrzyłam w coraz ciemniejsze chmury. Słońce zdawało się zbyt nieśmiałe, by się przez nie przebić, jednak wciąż próbowało, choćby pojedynczymi strugami światła. Walczyło dzielnie. Jak my.
Wstrząsał mną szloch bezradności i tak silnego gniewu, że nie byłam w stanie zapanować nad krzykiem wydzierającym się z mojego gardła. Nie dbałam o to, że ktoś mnie usłyszy i zechce uciszyć. Już o nic nie dbałam.
Była tak młoda i tak niewiele doświadczyła poza bólem i chłodem. Nie zaznała nawet namiastki tego, na co zasługiwała.
Betty uczyła nas w domu, odkąd zaczęłyśmy sklecać pierwsze zdania, i zawdzięczałam jej więcej niż komukolwiek innemu. Wstyd przyznać, ale zadbała o mnie bardziej niż moi rodzice. Nauczyła nas pisać i czytać, pokazała, jak kraść, by nas nie złapano. Zamiast trzymać pod kloszem, instruowała, co zrobić, by przetrwać, a teraz… Teraz została całkowicie sama. Jej maleńka córeczka, dla której gotowa byłaby spłonąć, odeszła. Nie dostała szansy, by o nią zawalczyć.
Jak mam jej powiedzieć, że Kinsley już nie ma?

