Pakt z demonem
Klaudia Świerczewska
Czy podpisałabyś pakt z demonem, by ocalić ukochanego?
Evelyn Frostwood mieszka z młodszą siostrą Sophie i ukochanym Calebem w małym domku odziedziczonym po rodzicach. Choć życie ich nie rozpieszcza, radzą sobie najlepiej, jak potrafią. Aż do dnia, w którym Caleb ulega tragicznemu wypadkowi. Lekarze nie dają nadziei.
Zdesperowana Evelyn trafia na portal DarkpaktNet, gdzie poznaje tajemniczego Konsultanta66… Demon z rozdroży oferuje jej prosty układ: on uratuje Caleba, a ona… odda coś znacznie cenniejszego niż pieniądze.
Ile jest w stanie poświęcić Evelyn dla szczęścia innych? Czy naprawdę wszystko ma swoją cenę? A co, jeśli mrok jest jedyną drogą do światła?
Nowelka z Kolekcji romantasy Inanny
Informacje o książce
Rok I wydania: 2025
Format: epub, mobi
Liczba stron: 180
ebook ISBN 978-83-7995-854-2
Cena sugerowana:
ebook: 29,99 zł
Fragment
Rozdział 1
Kraa! Kraa!
Cholerny kruk!
Miałam ochotę złapać coś ciężkiego i cisnąć tym czymś przez okno, byleby tylko pozbyć się tego ptaszyska. Nienawidziłam kruków, zawsze podejrzewałam je o wszystko, co najgorsze, szczególnie w obliczu takiej tragedii. Szpitalna sala była owiana widmem śmierci i ciemnością, mimo że jej ściany pomalowano na kolor zgniłej limonki. Czyżby projektant myślał, że ta niby-zieleń przyniesie nadzieję i ukojenie?
Pikanie maszyn wydawało się kpić ze mnie, a do tego skrzydlaty musiał upodobać sobie akurat to okno. Po każdym odgłosie, który wydobywał ze swojego krzywego dzioba, odwracałam się, by spojrzeć w jego czarne ślepia, które ledwie było widać. Jakbym zaraz miała zajrzeć do jego ptasiego móżdżku. Kilka razy rzucałam w jego kierunku wściekłe spojrzenie, jednak on nic sobie z tego nie robił. Warknęłam pod nosem coś niezrozumiałego nawet dla samej siebie i popatrzyłam na mojego chłopaka.
Połączenie od nieznanego numeru sprawiło, że wszystko we mnie zamarło. Nigdy nie dostawałam takich telefonów, szkołę Sophii miałam wpisaną, więc to nie byli oni. A gdy usłyszałam po drugiej stronie lekarza, poczułam się, jakby ktoś położył mi na klatce piersiowej głaz. Byłam wdzięczna losowi, że akurat miałam wolne i nie musiałam się w pracy tłumaczyć, dlaczego potrzebuję pilnie wyjść i nie wiem, kiedy wrócę.
Tyle razy prosiłam go, by darował sobie jeżdżenie na motocyklu, zwłaszcza gdy lał deszcz. Ale Caleb miał inne na to spojrzenie. Nazywał go swoją drugą miłością, kpił ze mnie, że jestem o niego zazdrosna.
Ja? Zazdrosna? O kupę żelastwa? Nigdy w życiu!
A jednak to on teraz leżał w szpitalu, połamany i nieprzytomny, a jego żelazna ukochana, w kawałkach, trafiła na policyjny parking w celu wyjaśnienia powodów wypadku. Ja nie potrzebowałam wyjaśnień, wiedziałam, że zawiniły nawierzchnia i prędkość. Nie słuchał mnie, najważniejszy zawsze byli on i jego marzenia.
– Jesteś po prostu kretynem. Tyle razy cię prosiłam… Cholera. Nie chcę więcej słyszeć o tej głupiej zabawce – warknęłam sama do siebie, bo wiedziałam, że Caleb i tak mnie pewnie nie słyszy. Wsunęłam dłoń we włosy i przeczesałam palcami kosmyki. Byłam wściekła, wyzywałam Caleba w myślach, a jednocześnie prosiłam, by mnie nie zostawiał. Usłyszałam za sobą chrząknięcie. Odwróciłam głowę i przeniosłam wzrok na lekarza, który stał w progu.
– Moglibyśmy porozmawiać? – spytał. Patrzył na mnie z troską w oczach. Nienawidziłam tego widoku. Troska, litość. Odkąd pamiętałam, musiałam radzić sobie sama, dbać nie tylko o siebie, ale i o młodszą siostrę, Sophie. Gdy o niej pomyślałam, zdałam sobie sprawę, że ona nie wie, gdzie jesteśmy i dlaczego nie ma nas jeszcze w domu. Wyszła rano do szkoły, a po powrocie zastała bałagan i leżącą na stole odręcznie napisaną karteczkę z informacją, że niedługo będę. Musiałam do niej jak najszybciej zadzwonić i zapewnić ją, że wszystko będzie dobrze, jakoś się ułoży i sobie poradzimy.
Wszystko będzie dobrze. Jak zawsze.
Podniosłam głowę i zorientowałam się, że lekarz nadal czeka na moją odpowiedź. Kiwnęłam pospiesznie głową i wstałam z krzesełka, wciąż ściskałam dłoń mojego chłopaka.
– Zaraz wrócę – szepnęłam i ruszyłam za lekarzem. Szliśmy korytarzem, którego ściany były pomalowane na nieprzyjemny, zgniłozielony kolor. Na krzesłach siedzieli pacjenci ze swoimi najbliższymi i rozmawiali cicho na temat badań, pobytu i ewentualnego wypisu.
Młody mężczyzna zaprowadził mnie do swojego gabinetu i wskazał wolne krzesło przed biurkiem.
– Niech pani usiądzie – powiedział. Pokiwałam głową i zajęłam miejsce, a potem rozejrzałam się po gabinecie. W ciepłych kolorach, cały w drewnie przywodził mi na myśl bezpieczną przystań dziadka, który chronił swoje wnuki przed koszmarami w zaciszu swojego gabinetu. Wszystkie półki wypełniały książki o medycynie i innych dyscyplinach nauki, był nawet model ludzkiego szkieletu z odkrytą połową mózgu. Wróciłam spojrzeniem do mężczyzny w białym kitlu, któremu do dziadka było bardzo daleko. Wydawał się mniej więcej w moim wieku, może nieco starszy, ale na pewno nie miał więcej niż trzydzieści pięć lat.
– Pani Morgan…
– Panno Frostwood.
– Słucham? – Doktor zamrugał kilkukrotnie.
– Nazywam się Evelyn Frostwood. Jestem dziewczyną Caleba, znaczy pana Morgana – wyjaśniłam. Obserwowałam przy tym uważnie reakcję mojego rozmówcy. Ten na chwilę się skrzywił i zajrzał w papiery, żeby coś doczytać. Przygryzłam lekko dolną wargę w nadziei, że nie będzie to problem. Lekarz zaraz skinął głową i odchrząknął.
– Tak, przepraszam. Musiałem źle przeczytać. Panno Frostwood, jeśli chodzi o pana Morgana, to sprawa jest dość poważna. Pacjent doznał złamania kości piszczelowej w lewej nodze, złamania kości ramiennej prawej z przemieszczeniem, wstrząsu mózgu, stłuczenia płuc… Lista jest naprawdę długa. W zasadzie każda kostka w ciele pana Morgana jest pęknięta lub złamana, niektóre mniej, inne bardziej. Operacja pomogła tymczasowo, czeka go bardzo długa i kosztowna rehabilitacja, a i to nie gwarantuje powrotu do sprawności sprzed wypadku. Skutki tego wydarzenia będą odczuwalne już zawsze, a poza tym… – kontynuował, ale ja już się wyłączyłam.
Lista obrażeń Caleba ciągnęła się w nieskończoność, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Kosztowna rehabilitacja? Ledwie wystarczało nam na rachunki i sprawy bieżące, nie mówiąc już o Sophie, której byłam prawną opiekunką. Caleb nie zagrzał nigdzie miejsca dłużej niż przez miesiąc, a przerwy między jedną pracą a drugą czasem trwały nawet do sześciu miesięcy.
Co miałam zrobić? Sprzedać nerkę? A może wychodzić w nocy na ulicę i sprzedawać ciało, by w jakikolwiek sposób zdobyć dodatkowe środki? Wysłać mojego chłopaka na ulicę, by żebrał albo wziął się wreszcie do roboty?
A może… zostawić Caleba?
NIE!
Nie mogłam tak myśleć, był moim chłopakiem od liceum. Nie mogłam tak po prostu go zostawić i o nim zapomnieć. Musiałam mu jakoś pomóc, znaleźć jakikolwiek sposób. Przecież go kochałam.
Przymknęłam oczy. Starałam się oddychać powoli, głęboko.
Wstałam, nie spojrzawszy na lekarza. Kiwnęłam tylko głową i wzięłam swoją torebkę.
– Tak, dobrze. Dobrze. Będziemy… po prostu w kontakcie. Coś wymyślimy, muszę pomyśleć. Ja… powinnam już wracać do domu, do młodszej siostry. Czy Caleb…
– Do rana nic nie powinno się wydarzyć – udzielił odpowiedzi na moje niezadane pytanie mężczyzna. – Gdyby mnie nie było, zastanie pani innego lekarza, który będzie znał sytuację i na pewno pomoże w razie ewentualnych pytań.
– W porządku. Przyjadę… przyjadę rano. Do zobaczenia, doktorze – powiedziałam i opuściłam jego gabinet najszybciej, jak mogłam. Musiałam zajść jeszcze do sali Caleba, żeby zabrać swoją kurtkę. Starałam się na niego nie patrzeć. Krzątała się przy nim pielęgniarka. Wzięłam swoje rzeczy, rzuciłam szybkie pożegnanie i pognałam do wyjścia. Zaczynałam się dusić, smród lekarstw i środków dezynfekujących wgryzał się w gardło i nos. Musiałam odetchnąć świeżym powietrzem.
Wypadłam ze szpitala, łapczywie złapałam oddech. Silverbrook było spokojne, a teren przed szpitalem praktycznie pusty. Zamknęłam oczy. Starałam się uspokoić, oczyścić umysł, by bezpiecznie wrócić do domu. Czekała mnie jeszcze trudna rozmowa z siostrą, która przecież niczego nieświadoma siedziała w domu. Wyciągnęłam telefon i odblokowałam go, jednak nie zauważyłam żadnej nieodczytanej wiadomości. Nacisnęłam na ekranie zieloną słuchawkę i wybrałam numer do siostry. Na szczęście odebrała po drugim sygnale.
– Hej, Eve. Gdzie jesteś? Podgrzałam i zjadłam lasagne z wczoraj, zostały resztki w lodówce, lekcje prawie już odrobiłam, kończę matematykę. Ale nie mam czego wam przygotować. Kiedy wrócicie, może chociaż zrobię kanapki? – Siostra standardowo nawijała jak najęta, ale cieszyłam się, że przynajmniej zjadła i wszystko było dobrze.
– Hej, Sophie. Wracam. Nie przejmuj się, zjem kanapki, wystarczą mi. Porozmawiamy na spokojnie, gdy będę już w domu, w porządku?
– No jasne. Caleb też będzie? Zrobić wam herbatę albo kawę?
– Nie, dzięki. Poradzę sobie – zapewniłam ją, otworzywszy drzwi od samochodu. Pożegnałam się z siostrą, bo wiedziałam, że jeszcze chwila i się rozpłaczę, czym na pewno bym ją zestresowała. Miała zaledwie trzynaście lat, nie mogła słyszeć takich informacji przez telefon. Spojrzałam przed siebie i prawie przeklęłam pod nosem, kiedy zobaczyłam czarne ptaszysko. Jego ciemne ślepia wciąż wpatrywały się we mnie z kpiną. Śledził mnie czy co? Odwróciłam szybko głowę, żeby oszczędzić sobie tego widoku, i wyjechałam z parkingu.
Droga do domu minęła mi szybko i prawie nic z niej nie zapamiętałam. Miałam tylko nadzieję, że nie stworzyłam zagrożenia na drodze. Światło świeciło się w kuchni, więc Sophie na pewno odrabiała resztę lekcji. Zawsze lubiła tam przesiadywać. Nienawidziła spędzać czasu sama, nawet jeśli trudniej było jej się wtedy skupić. Uśmiechnęłam się lekko. Cieszyłam się, że chociaż ona została w moim życiu, gdy rodzice wyjechali i zapomnieli o istnieniu swoich córek. Liczyłam jedynie, że Caleb również z nami zostanie.
Samo wspomnienie o moim chłopaku sprawiło, że oczy wypełniły mi się łzami. Złapałam drżący oddech i wysiadłam z samochodu. Zamknęłam go po chwili i udałam się do domu. Musiałam być silna, to ja zawsze wszystkimi się opiekowałam i dbałam o ich zdrowie, fizyczne i psychiczne. Tym razem nie mogło być inaczej. Nie wybaczyłabym sobie tego, po prostu.
– Wróciłam! – zawołałam, ściągnąwszy kurtkę i buty. Odłożyłam torebkę na krzesło i przeszłam do kuchni. Sophie pochylała się nad zeszytem leżącym na stole, a jej blond włosy opadały po obu stronach jej twarzy. Na moje wejście podniosła głowę i posłała uśmiech w moim kierunku.
– Hej, fajnie, że jesteś! Skończyłam matematykę, normalnie cud! Kolega wytłumaczył mi to zadanie na przerwie, więc wystarczyło sobie przypomnieć, znaleźć rozdział w książce i bingo! Jestem z siebie dumna – oznajmiła z dumą, kiwnąwszy zdecydowanie głową. Podeszłam do niej i pocałowałam ją w czoło.
– Ja z ciebie też jestem dumna, naprawdę – zapewniłam ją i uśmiechnęłam się lekko.
– Wszystko w porządku? Gdzie byłaś? Wyglądasz na bardzo zmęczoną, a przecież dzisiaj miałaś wolne, obiecałaś, że będziesz odpoczywać – powiedziała i wstała z krzesła. – Stało się coś?
– Usiądź, dobrze? – poprosiłam i sama również usiadłam na krześle. Ujęłam jej dłonie i odetchnęłam. Przekazywanie takich informacji nie było łatwe.

